sobota, 17 marca 2012

Tak się złożyło...

Tak się jakoś złożyło, że mój blog piszę na blogu krawieckim (?)
A wszystko to dzięki koleżance Monice...
Sama szyć za bardzo jednak nie umiem. Ot, tak czasem coś wydziergam ręcznie bo maszyny do szycia niestety nie mam. Moja babcia ma. I z tym szyciem tak mi jakoś ciepło dzieciństwa się kojarzy.
Babcia szyła sukienki mi, moim siostrom dwóm i naszym lalkom niezliczonym oraz lalkom przedszkolnym.

Do dziś pamiętam jak szyła mi w nocy Czerwonego Kapturka na zajęcia plastyczne w szkole podstawowej. Mikroskopijna laleczka uszyta w nocy własnoręcznie przez Babcię - to dopiero dowód Babciowego poświęcenia!

Ostatnio tak rozmyślając o dzieciństwie, tych kolorowych tkaninach, które Babcia z  troskliwością chomika zbierała "po kątach" postanowiłam  i ja coś wydziergać. A mianowicie - patchworkową narzutkę. Narzutka składa się z kilku koszulek Tatusiowych, moich oraz Emilowych i Stasiowych, czyli naszych rodzinnych podziurawionych rzeczy, takich niemal do wyrzucenia, a jednak o ciekawych wzorach i fakutrach. Żal wyrzucać bo senstymentalny ze mnie człowieczek. I jakaż metafora będzie teraz na kanapie leżała! Z pojedynczych szmatek - rodzinne dzieło sztuki!

A jeśli chodzi o sztukę, to namaziałam obraz dla koleżanki. Tak stwierdziłam sobie, że wiosna jakoś zobowiązuje, bo przecież więcej się chce gdy więcej słońca...

Tak się jednak złożyło, że wspólnota mieszkaniowa postanowiła wymienić płytki na bakonach więc jazgot był niestamowity i ciężkie warunki pracy...Emil ze Stasiem mieli ciekawe widoki i co chwila pukali do panów przez dzrzwi balkonowe.. A jacy byli zafascynowani obaj młotem pneumatycznym!

Trochę nieskładny ten mój blog bo ciechan wyborny bardzo smaczny się okazał.... :) Chciałam tylko napisać, że owszem, podzielam zdanie kolegów spoza granic Polski - Polacy są pełni pasji! Ostatnio tłumaczyłam gadające głowy do jednego z korporacyjnych filmików i tam panowie wypowiadali się o Polakach i Polsce. Były wypowiedzi w stylu: "Moje piewsze wrażenie gdy przekroczyłem granicę - o matko! oni nie mają tu autostrady!" Ale było też "Są pełni pasji, pełni życia, niezwykle bezpośredni; przypominają mi Włochów" i " sprawiają wrażenie bardzo smutnych ale po jakimś czasie okazują się pogodni i sympatyczni'.
I gdy tak buszuję sobie po tych blogach nadziwić się nie mogę ile talentów może mieć człowiek i sam o tym nie wie, dopóki ktoś mu tego nie powie!

Dlatego ja od dzieciństwa powtarzam moim synkom - Emil jaki Ty zdolny jesteś! I unoszę do góry wysoko kartkę z pierwszym autoportretem. Ludzik ten przypomina czerwonego cyklopa ze sterczącymi ognistymi włosami. Ale jest to piewszy świadomy autoportret Emila. A to już coś, jak dla trzylatka!
A Stasiowi też powtarzam, że zdolny jest bardzo gdy tak maszeruje jak potwór Frankensteina w wyciągniętymi przed siebie rękoma i mrucząc pod nosem idzie dumny... To jest dopiero coś!!!

ps. blog ten napisałam w nadziei wygrania takiego sobie candy na:
http://cottonhillblog.blogspot.com/


wtorek, 13 marca 2012

bugi ługi

Idę sobie do sklepiku po bułeczki i serek na śniadanko. A w sklepiku mały remoncik akurat. Coś przy lodówkach z nabiałem się popsuło najwyraźniej i dwóch panów w charakterystycznych ogrodniczkach ślęczy nisko na kolankach i zaglądają pod listewki.
Wygląda to dosyć ciekawie... no takie poprostu wypięte męskie tyłeczki. A ja tak stoję przyczajając się na twarożek. Czekać, nie czekać, wziąć po prostu ? Chwilę czekam ale widzę, że zebrała się już gromadka ludzików czekających na jakąś moją decyzję i pochwycenie ewentualnie dla siebie też jakiegoś nabiału. Szybka decyzja - nachylam się lekko nad panem, środek ciężkości przerzucam na jedną nogę i jest!! Twarożek znajduje się w mojej dłoni, a ja cała leżę plackiem na jednym z panów.

- " Ej, Maniek, paniusia na ciebie leci! fiu fiu!" - powiada jeden pan do drugiego mrużąc oczka.
- Ależ nie! Ja,mam trzech kochających facetów w domu - zaczęłam się tłumaczyć w nieco dziwny sposób a facecik, razem z wychylającym się spode mnie Mańkiem z zainteresowaniem się we mnie wpatrywali.
- .. to znaczy mężatką jestem i mam dwóch synów...- zaczęłam się plątać już całkowicie w tłumaczeniach, wykonując jednocześnie pokrętne kroki w tył, uważając na swój koszyk z zakupami, jakieś porozstawiane pudełka i walizeczki z narzędziami panów majstrów. - ... i kota mam i psa ... - tłumaczyłam dalej mając nadzieję, że panowie zrozumieją ile mam istot do kochania i w związku z tym wcale nie potrzebuję lecieć na obcych facetów, a to co się stało to tylko niefortunne zrządzenie losu. Chyba dziwnie musiałam wyglądać gdy tak wymachiwałam rękami zupełnie jak w tańcu boogie woogie i zupełnie jak w tymże tańcu wykręcałam nogi na zewnątrz by nie wpaść znów na kogoś.

Wcale nie mam w domu kota ani psa, wystarczy mi sprzątania po trzech facetach. Ale w dzieciństwie miałam prawie wszystkie możliwe zwięrzątka - porzucone dachowce, niechciane kundelki, świnki morskie, papużki i rybki. Nawet szczurka w akademiku miałam. Dzidka się nazywała. Dzidka należała w zasadzie do współlokatorki Ani, która uratowała Dzidkę przed laboratoryjnymi ćwiczeniami ale kochałyśmy ją obie równo mocno. Nie koniecznie tą miłość podzielała reszta mieszkańców akademika i gdy tylko Dzidka wymykała się z pokoju zaraz na korytarzu słychać było przerażone krzyki i piski : "Szczur szczur"!!!
A to tylko Dzidka była. Dzidka, która obgryzała rękawy piżamy, wyjadała mi kredki pastelowe z dłoni i ogólnie miała różne dziwne szczurze nawyki.

Hmmm... chciałam jakoś fajnie spuentować moje opowiadanie ale w zasadzie nie wiem o czym ono miało być. Bo takie spontaniczne wyszło.
Acha, o kochaniu!
Mój wniosek - jak ma się w domu kogoś do kochania to nie leci się na obcych facetów! No chyba, że jest to dzieło wypadku :)

sobota, 10 marca 2012

Cisza na planie! I akcja!

Jest Dzień Kobiet!
Ja, Artur i Grześ jedziemy kręcić film na potrzeby reklamowe do firmy korporacyjnej. Samochód wyładowany sprzętem ale zatankować trzeba. Na stacji Statoil podobno można było kupić kiedyś nawet zegarek ale kwiatków, jak na złość nie ma. Mamy pracować dziś z kilkoma kobietkami więc dobrze by było zrobić miłe wrażenie i sprezentować jakiś badylek.

Płacę za paliwo i co widzę? Facecik stoi obok mnie z bukietem badylków.
- Panie! Gdzie pan kupił te tulipany?! - wykrzykuję z nadzieją, iż informacja ta uratuje nas przed jeżdżeniem po całym mieście i szukaniem kwiecia.
- "A tu, pod budynkiem telewizji" - odpowiada facecik i spontanicznie wręcza mi malinowego tulipanka.

No, proszę! Jak niewiele trzeba żeby uszczęśliwić kobietkę! Niby taki zwykły tulipanek, a ile radości! I jak miło dzień się zaczął!

Kupuję bukiecik tulipanków, a dookoła mnie już wianuszek facecików się ustawia w kolejce. Starszy pan troszkę z ignorancją prycha do mnie:
- "Też mi święto! To nie żadne święto taki dzień kobiet! Ja pamiętam jak za komuny kupywało się kobietom paczkę rajtop i bukiet czerwonych goździków. Kobiety w podzięce robiły poczęstunek, a faceci chodzili pijani jak świnie! Takie to święto! No, ale kupię teraz te tulipany bo pracownice się domagają"....
                                                                     ***
Rozstawiamy sprzęt - Artur kamerę, Grześ lampy, ja uwijam się z kabelkami i biegam z podglądem dumając nad możliwie najlepszymi kadrami. Koncepcja jest prosta - zachęcić studentów do praktyk w firmie. Pierwsza wypowiada się młoda dziewuszka, do niedawna studentka i praktykantka, obecnie pracownik (pracowniczka/pracownica?) firmy. Piękny kadr z recepcją w tle, oświetlone logo; możemy zaczynać.

Co chwila jednak włażą nam w kadr zdziwione oczy przechodzących pracowników, bądź klientów.
A to listonosz worki z listami przynosi do recepcji, a to pani słusznych gabarytów w puszystym futrze stanie tak, że zajmuje ćwierć kadru... Czekamy aż pani sobie pójdzie ale ona stoi i stoi i po chwili kładzie na blaciku recepcyjnym olbrzymią torbę, w której mogłaby pomieścić... wolę się nie domyślać co mogłaby mieścić taka torba ale teraz torba i pani wypełniają już przynajmniej pół kadru.
Spoglądamy na siebie jednoznacznie i Artur wykrzykuje w końcu czarodziejskie hasło:

- "Cisza na planieeee! iiiiii akcja !!!"

No, udało się.
Nagrywamy jeszcze kilka setek. Kobietki dostają po nagraniu tulipanki, a faceciki nic nie dostają bo to nie ich święto.
Czasem trzeba dokonać cudów żeby zdjęcia z planu były możliwie najlepsze - czasem trzeba przymusić kogoś żeby przygiął się przy stoliku, który sięga kolan, a czasem trzeba kogoś na tym stoliku postawić. Uważać trzeba na wszystkie kwiaty, które w kadrze mogą wyglądać jak pióropusze wyrastające z głowy. Na wszystkie tabliczki wyjśca ewakuacyjnego i plastikowe doniczki w kolorze szaroburym - a zazwyczaj roi się od tego w firmach.

Jeszcze kilka scenek do przebitek, tak żeby w filmie nie występowały same gadające głowy.

Zastanawialiście się kiedyś o czym rozmawiają ludzie występujący w reklamach firm korporacyjnych? Występują tylko w niemych scenkach więc widać same uśmiechnięte twarze, kiwające głowy i ogólnie przyjemną atmostferę. Nic dziwnego.
Nie będzie chyba grzechem jeśli zdradzę trochę takich tematów zza kulis.
- "Zupę mam do ugotowania w ten weekend" - mówi pracownik z uśmiechniętą twarzą. No i jak tu się nie uśmiechnąć na myśl o kapuśniaczku.
Scenę trzeba powtórzyć bo twarzyczki wchodzącej pracownicy nie widać.
Wchodzą zatem znów : - "To co dziś na obiad?" - "Kapuśniak" - " O matko, znowu kapuśniak" - "A co masz do kapuśniaczku? Ze schabowym." -  i tak dumają z poważnymi minami nad poważną planszą rozłożoną na blacie biurka.
- "Zastanawialiśmy się czy mamy pracować 6-stego" - zamyślone nad organizerem głowy. -"Ustaliliśmy, że w weekendy nie pracujemy." - I wszyscy kiwają zgodnie głowami a jakie uśmiechy na myśl o wolnym weekendzie !
Pani B. wychodząc z szafy dosiada do reszty grona. Grono pyta: -"Zapomnieliśmy jaka cyfra jest po 5-ce, chyba 6-stka" - " Oczywiście, że 6-stka" - no i znów zgoda i kiwanie głowami.

I tak dalej.

Po zakończonym nagraniu stała się rzecz straszna. Z takim impetem siadłam na siedzenie w samochodzie, że z mojego malinowego tulipanka został tylko badylek zielony, przypominający zmutowanego, niedożywionego pora. I listki opadły mu jakoś tak bezwładnie z braku wody zapewne.
Hmmm, smutno.
Ale generalnie dzień można uznać za udany.

sobota, 3 marca 2012

Marsjanie

- "Mamuś mamuś pcioła! Pcioła" - wykrzykuje moje dziecko z lekkim przerażeniem, a ja zdziwiona nieco gdzie tu o tej porze roku synek mój wynalazł pszczołę, rozglądam się i nie dowierzam.
Aha, jest!
- To nie pścioła synku tylko ćma. - przebywając długimi godzinami z moim dzieckiem zaczynam wymawiać pewne głoski jak on :) Ale rękę na pulsie trzymam (a konkretnie oczy) - oglądamy razem kreskówki to wiem, że Emil lubi bajkę "Ul" więc każde latające stworzenie to dla niego "pcioła".

Niby taka zwykła ćma, a mi się lampka w głowie zapaliła.
Jest taki wiersz Leśmiana "Marsjanie" i cytat:


             (...)" Poczną nam się przyglądać w bezczasie jak snom - 
                    I na zawsze się ustali ten pogląd senny... 

                      A przywiozą nam z nieba - rozmodlone ćmy, 
                      I zwierzęta zadumane - i zgubne baśnie. 
                       I nagle zrozumiemy, że to jeszcze - my - 
                      Że nie mogło być inaczej - tylko tak właśnie!... (...)"




Bo gdy tak patrzę na Stasia na przykład to nadziwić się nie mogę - niby dziecko moje, krew z krwi itede; ze mnie, z moich genów, a więc kawałek mnie, a jednak taki osobny...

Emil to już zupełnie z kosmosu bo raczej nie z moich genów cech tyle posiada.
Niby bracia, a zupełnie różni.
Wypatruję co po mnie w spadku niteczek genowych odziedziczyli - tu spojrzenie, tam upór. Ale ciekawość jakaś taka drąży mój umysł - skąd tak naprawdę się wzięliście?

I trochę za P. Gauguinem pytam ich w myślach: Skąd przyszliście? Kim jesteście? Dokąd zmierzacie?

Oczywiście! Pukam się z czoło! Przecież to jasne! Nie od dziś wiadomo, że faceci są z MARSA!

To dlatego gdy przyszedł na świat Emil, a potem Staś pierwsza myśl moja: A cóż to za kosmita!
No bo jak nie kosmita? Oczywiście, że kosmita - z Marsa! Kosmita jak nic! 
Jeden kosmita i drugi kosmita. 

To dlatego gdy nocą opowiadam im bajki wcale nie chcą ich słuchać tylko po swojemu coś gaworzą do siebie i śmieją się, czyli po marsjańsku baśnie sobie opowiadają!

Uważajcie zatem: kosmici są wśród Was!


A dalsza część tego wiersza Leśmianowego:

        (...)" Czym jest wobec tych niebem nasyconych ciał
        Nasze ziemskie dziewuszątko i jego - chłopal?...(....)"


ps. na kołysankę polecam:
Kings of Convenience








piątek, 2 marca 2012

Gadające głowy - dzień z życia mojego

Puk puk.
Puka łopatką do piasku moje starsze dziecko w moją śpiącą jeszcze głowę. A młodsze już podpełza mierząc zębami w mój nos (ewentualnie ucho - zależy co wystaje spod kołdry).

Zbieramy się do żłobka.
Gdy Tatuś odwozi Emila ja ogarniam siebie i domek - pranie, sprzątanie, na końcu śniadanie. Tak, Stasia też trochę przygłodzam (przygładzam?) - jak poczeka na to śniadanie to ładniej zjada i szybciej zapada w drzemkę.

- "Zredaguj mi te gadające głowy i napisz kosztorys, ja się biorę za drugą robotę."- powiada Tatuś i przysysa się drugiego komputerka.
Siadam zatem do montażu korzystając z chwili kiedy Staś śpi.

Gadającymi głowami Artur nazywa ludziki, które mówią coś, na jakiś temat, do kamery. Takie po prostu gadające głowy.
Gadających głów jest kilka i w sumie gadają tak sobie z godzinę. Muszę z tego zrobić 2 minuty. Czyli prosta sprawa.
Jeśli jednak nie byłam wcześniej z Arturem na planie to zupełnie nie wiem o czym te gadające głowy mówią. Trzeba przesłuchać to wszystko raz, potem drugi, porobić notatki, poprzycinać tak by zostały najważniejsze wypowiedzi. Gdy zostaje już 20 min układam plan i wg tego planu tworzę te dwie minuty materiału.

I wszystko byłoby proste gdybym pracowała poza domem i nie odchodziła od komputera przez tych kilka godzin... Artur lubi pracować w domu bo ciągle coś podjada, zazwyczaj przed telewizorkiem tłumacząc, że szuka tam inspiracji do swojego montażu.
Mi praca w domu jakoś średnio wychodzi. Po 30 minutowej drzemce budzi się Staś. Artur próbuje go zabawiać żebym ja mogła pracować ale nawet słuchawki na uszach nie chronią mnie przed instynktem, który każe mi poderwać się sprzed komputerka i wziąć Stasia. Stasio ląduje zatem na moich kolankach przyssany do cycka (to działa na każdego faceta, bez względu na wiek). A ja próbuję jakoś jedną ręką dalej pracować.

W międzyczasie odwiedza nas kolega  Ernest.
No z wujkiem to można się bawić!
Po chwili dwóch dorosłych facetów (tatuś i wujek) siedzą przed rozsuwaną szafą i zaglądają co chwila do środka. W szafie siedzi oczywiście Staś  z latarką i co chwila otwiera i zamyka szafę. No i trzech facetów ma super zabawę.

Praca pochłonęła mnie całkowicie ale wyrywa mnie z niej odór spalenizny. Zupełnie jakby ktoś szczura upiekł, tzn nigdy nie piekłam szczura ale wyobrażam sobie, że to właśnie taki "zapach" by miał.

-"Renata coś ci się pali!" - woła odkrywczo z kuchni Artur.
No i zupkę dla Stasia trzeba było gotować jeszcze raz. W sumie nie była to jeszcze zupka, ot kawałek mięska wrzuciłam do garnka (z indyka nie ze szczura) ale zapomniałam o tym zupełnie.
Wstawiam drugą zupkę. Materiał wysyłam mailowo i biorę się za kosztorys.


- "To co na obiad? Idziesz do sklepu?"- pyta zniecierpliwiony mąż, że obiadu jeszcze nie ma.
- Zaraz, kończę kosztorys, jadę po Emila i wstąpimy do sklepu.

Przy okazji odwożę Ernesta na przystanek. Samochód co chwila tonie w kałużach przebijając się przez lasek i błotniste werteby.
-"Uuuh, niezłe skróty jakieś! Na pewno dobrze jedziemy?"- pyta nieufnie Ernest.
- Tędy najkrócej do żłobka - odpowiadam dumnie, że znalazłam miejsce gdzie dziecko nie wypadnie zza bramki na ruchliwą ulicę.

Z zakupów oczywiście nic nie wyszło, bo Emil zaparł się nogami i rękami o fotelik i przednie siedzenie i z samochodu ruszyć się nie chciał. Zostawić Emila w samochodzie? - o nie, to byłoby zbyt niebezpieczne dla otoczenia!
Zatem szybko do domu i szybko do sklepu.

W domku ledwo zrzucam z siebie ubranie już Stasio wpycha się na kolana i jęczy okropnie. Domyślam się, że nakarmić dziecko obiadkiem też ja muszę.
Stasio je zatem obiadek, a Emila dokarmiam bitą śmietaną żeby tylko siedział cicho przez chwilę. Bitą śmietanę przyniósł sobie sam tylko sam nie umiał zaaplikować jej do buzi.
Ale konsumować też spokojnie się nie da bo po chwili tatuś woła:

-"Renata, widziałaś propozycje poprawek?"- aha, czyli przeczytał maila.

Upycham w Stasia resztki zupki, w Emila bitą śmietanę, w siebie zimne wczorajsze żeberka i szybko poprawiam materiał bo zaraz pan O. będzie musiał opuścić biuro a materiał ma być na jutro.
Artur wziął się za obiad a ja kosztorys i poprawki.

Kuchnia po tym gotowaniu wyglądała jak pobojowisko więc spokojnym wieczorkiem czekało na mnie jeszcze szorowanie garnków, patelni, kąpanie i usypianie dzieci.

To jeszcze nie koniec.

-"Kosztorys skończyłaś? Bo tutaj pan O. przysłał jeszcze propozycję na wstawienie kilku plansz."

Siadam zatem nocą i robię jeszcze animowane plansze.
O godz. 23 projekt zamyka się niespodziewanie. Biegnę po pomoc do męża a ten krzyczy:
- "Jabłko S! Jabłko S! Kobieto! "
Zawsze zapisuję projekty ale gdy co chwila biegnę usypiać Stasia (bo ząbkuje i się budzi w nocy) albo Emila (bo zasikał piżamkę) to jak tu można pracować spokojnie?
Na szczęście komputerek zapisuje automatycznie co 20 min więc aż takiej tragedii nie było.

Ale o północy wyglądałam mniej więcej tak:


Co prawda mam zdecydowanie mniej zarostu na twarzy i więcej włosów na głowie ale podobieństwo jest uderzające.

ps. Na koniec poranny komentarz Artura -" no jak się Ciebie nie przypilnuje to nic nie zrobisz. I jak mogłaś o kawie zapomnieć!"


środa, 29 lutego 2012

Brothers in arms

- Za mamusię... - łyżeczka z jedzonkiem ląduje w buzi Emila-niejadka.
Gdy kolejna łyżeczka zmierza do jedzeniowego hangaru Emil kontynuuje wyliczankę za mnie:
- "Za tatusie"....
- To ile ty masz tych tatusiów Emil?  Za ta-tu-SIA - poprawiam swoje dziecko.

Dziś Emil jest zupełnie nie w humorze i łobuzuje ponad swoją miarę. Sieje zniszczenie gdzie tylko może. Wytrąca mi z ręki łyżkę z zupą; zawartość tworzy wspaniały kolaż na ścianie... Nie chce jeść, nie słucha się, przewraca krzesła, popycha Stasia. Przy próbie zrzucenia mojego talerza zostaje wyprowadzony z pokoju. Jęczy, płacze, szlocha i woła:
- "Tatusie! Tatusie!" - w nadziei, że Tatuś uratuje go przed niedobrą mamusią.
Tatuś jednak nic nie słyszy, bo pracuje w pokoju w słuchawkach na uszach, przyssany do komputera.
Po chwili wychodzi jednak i woła:
- "Co tu się dzieje? Dlaczego Emil nie bawisz się ze Stasiem? Nie po to robiłem Was dwóch żebyście teraz się ze sobą nie bawili!"
- "Tatusie..."- szlocha już ciszej Emil.
- "To jest podejrzane..." - mówi Artur z podejrzeniem w głosie. - "To dziecko coś wie czego ja nie wiem...." - zastanawia się głośno nad liczbą mnogą, której ciągle używa Emil gdy woła Tatusia.

Przez resztę wieczoru chłopcy próbowali jakoś rozejm wprowadzić. Kredki przyszły na pomoc.
Niestety Emilowy zapał do rysowania znikł jakoś w ostatnim czasie. Niejaki talent natomiast, zaczyna przejawiać już Staś. Bardzo profesjonalnie trzyma kredki w paluszkach i mazia sobie. Maziaje są zwykłymi maziajami ale ja jestem z nich bardzo dumna bo wiem z jakim skupieniem i wyczuciem tworzy te maziaje mój roczny synek ledwo stojący na nóżkach.
Pomyślałam, że to dobry moment żebym i ja przyłączyła się do rysowania. Już od kilku dni robię sobie szkice do moich blogowych opowiadanek.

Gdy tylko o tym pomyślałam Emil chwycił kartki z moimi rysunkami i uciekając, bardzo intensywnie je miętolił.
Bieganina nasza bardzo rozbawiła Stasia, który wręcz tak się chicholił, że gdyby nie komoda za jego plecami przewróciłby się pewnie na podłogę.
Incydent z ucieczką i gonitwą najwyraźniej zainspirował Stasia bo cichaczem podpełzł do kredek i próbował je zjeść. Doskonale wiedział, że po takiej próbie będę za nim biec i próbować wyciągnąć kredkę z buzi. Zatem był to pomysł na świetną wręcz zabawę. Kredka szybko w zęby i chodu na czworaka w drugi koniec domciu aby tam jeszcze szybciej skonsumować pastelową apetyczną kredkę.
Super zabawa.
Trochę mniej super dla mnie....

Na koniec dnia Emil wyrzuca z pokoju misia i zamyka z impetem za sobą drzwi. Zasypia.
Chyba nie powstanie między nim a misiem przyjaźń na jaką liczyłam.
Może jednak zagości niedługo miłość braterska w tym domu? Jakiś taki wspólny front czy coś...

(...)" Through these fields of destruction
Baptism of fire
I've witnessed your suffering
As the battle raged higher.(...)"
Dire Straits

:))



niedziela, 26 lutego 2012

Chwała Temu Misiu!

Trzeba coś z tym zrobić! Tak dalej być nie może!

Dziecko trzy lata skończyło i misia nie ma! To znaczy właściwie ma ich nawet jakieś jedenaście ale żaden nie jest tak naprawdę i tylko jego, bo wszystkie są wspólne: jego i Stasiowe. A przecież każde dziecko musi mieć swojego misia, takiego do spania i na wycieczkę.
Krzyś miał misia i misia miał każdy z nas.
Był Miś Uszatek, Miś Yogi, Miś Kudłatek, Colargol, Paddington, nawet Bareja miał Misia - i to nie byle jakiego!
A Emil swojego misia nie miał.

- "Spraw mu takiego misia w kolorze szarym. Albo beżowym. Takim, żeby za kilka lat jak się wybrudzi czy po prostu spierze, to nie będzie widać różnicy." - udzielała dobrych rad Ciocia Agnieszka nauczona doświadczeniem. Jej synek bowiem kończy w tym roku lat siedem i wciąż kocha swojego puszatego przyjaciela. Miś ów niegdyś był biały i pluszowy, obecnie, jest szary i watolinę przez niego widać.

Przegrzebałam zatem dokładnie pokłady naszych zabawek i znalazłam - beżowo szary, puchaty i taki sam ale mniejszy dla Stasia. Idealne. Teraz trzeba było je jakoś upersonifikować. Misie zaczęły ze sobą rozmawiać, skakać i psocić. A resztę popołudnia spędziłam na robieniu dla nich sweterków. Dwóch takich samych ale w różnych rozmiarach oczywiście. Emil akurat był z Babcią na spacerze a potem spał snem sprawiedliwego. I chwała mu za to bo nie odważyłabym się wyciągnąć drutów przy Emilu!

Znalazły się też stare wełniane skarpetki, które robiłam niegdyś dla Tatusia. Ale ponieważ były to pierwsze w moim życiu skarpetki własnoręcznie dziergane, wyglądały bardziej jak wielgachne pasiaste tasiemce niż skarpetki i poległy głęboko w szafie te skarpeciochy...
Jakoś Tatuś nie zrozumiał moich starań. Teraz mogły zmartwychwstać w postaci sweterków dla misiów. Wystarczyło dorobić rękawki. Tu przyciąć tam przyłatać, trochę pozszywać i gotowe. I jakie kolorowe!

Staś zabawę sobie też przy okazji znalazł. Trochę poszperał przy mnie, wyciągnął kilka nitek wełnianych i stwierdził, że nitki te idealnie nadają się jako makaron do jego miseczek. Ugniatał je łyżeczką w garnuszkach a potem nawet próbował zjeść.

Gdy Emil się obudził reszta niteczek wywędrowała rozciągnięta po całym pokoju niczym sylwestrowe serpentyny. Oczy mi już latały od tego dziergania i wzdychałam tylko na myśl ile będę miała sprzątania ale przynajmniej czymś się dzieci zajęły i mogłam szybko dokończyć dzieło.

Cel osiągnięty - Emil śpi obecnie z misiem, jeszcze bezimiennym ale już jego jedynym. Może w końcu oduczy się zasypiania z rączką w moich włosach i wystarczy mu miś.

Tak się zastanawiam.... Czy zauważyliście, że wszystkie animowane zwierzątka mają tylko górne ubranka? Taki np Kaczor Donald albo Puchatek mają koszulki, a nie mają spodenek... Ale kiedy Donald wychodzi z kąpieli zasłania swoje... krocze (?). Podobnie Puchatek gdy akurat ściąga ze sznurka upraną koszulkę i ktoś przyłapuje go na tej nagości...
Dziwne prawda?
Może jednak powinnam sprawić jeszcze jakieś spodenki tym misiom?