niedziela, 24 marca 2019

Odrobina ironii nikomu nie zaszkodzi

Teraz to już nikt nie ma wątpliwości - nadeszła wiosna.
Dlatego ja, przekornie podam historię jesienną :)

Pewnego, pięknego popołudnia dziecię moje biegało z kolegą po podwórku. Dzień był słoneczny, wszyscy uśmiechnięci i w ogóle nic nie zapowiadało dramatu jaki za chwilkę miał się rozegrać.
Aż tu w pewnym momencie widzę, że dziecię usta ma fioletowe. Kolega też.

Przyglądam się bliżej temu zjawisku i pytam ze zdziwieniem:
- Chłopaki, co wy jedliście?
- "No, ironię"- odpowiada uśmiechnięty Staś.
- Jaką ironię? - moje oczy robią się coraz większe.
- "No, ironię, taką jaka rośnie na działce u babci i dziadka"-  odpowiada dziecię ciągle z siebie bardzo zadowolone.
- Aronię! Ale przecież tu nie ma żadnej aronii!- wykrzykuję w panice i zaganiam Staśka do domu, wymachując w histerii rękami, że w ogóle kto pozwolił jeść cokolwiek z jakichkolwiek krzaków na osiedlu.

No i się zaczęło!
Agnieszka robi wywiad terenowy, łazi z moim i swoim synem przeszukując okoliczne tereny zielone, a ja z prędkością światła przeszukuję internet co też te dzieciaki mogły zjeść, co przypominało aronię i oto co czytam:

"Ligustr pospolity obradza owocami, które są jagodopodobne, pestkowe, kuliste i czarne oraz mocno trujące."


A żywopłotów z tym badziewiem u nas dostatek!
Pędzę do Agnieszki:
- Jeśli Ci życie miłe, bierz Kryspina i każ mu to wszystko zwymiotować! - rozkazuję jej niemal i biegnę ze swoim Staśkiem do łazienki.

Potem, już tylko prowokowanie wymiotów i fioletowa toaleta.
Przyznaję, trochę się poznęcałam nad dzieckiem, prosząc i niemal płacząc by pozbył się wszystkiego z żołądka...

No, a potem przyszła Agnieszka, tuż po rozmowie z sąsiadami z niemal połowy osiedla.

I co się okazało?
Sąsiadka z parteru przyznała:
- "Tak, rzeczywiście zasadziłam przy balkonie jakiś czas temu mały krzaczek aronii tylko jakoś owocować nie chce..."



Wniosek z tej historii - odrobinka ironii nikomu nie zaszkodzi ;)




niedziela, 18 marca 2018

Niech Ci będzie, mój synu



-„Mamo muszę się nawodnić” - mówi mój starszy syn wchodząc do kuchni.
Zastygam na chwilę zastanawiając się co miał na myśli.
- To znaczy - wody chcesz? Nalej sobie z dzbanka, jest na stole - mówię. I właściwie nie powinnam się dziwić, że po chwili rozlegnie się głośny krzyk jakby pożar wybuchł - to tylko woda się rozlała i przy okazji szklanka zbiła.

Emil zawsze reagował histerią na różne rzeczy, które go zaskakiwały - nigdy nie było wiadomo czy krzyk oznacza prawdziwe niebezpieczeństwo ( typu przecięcie kabla od lampki „bo to było takie dziwne, że taki prąd, który nie ma nóg może kopać”) czy też pietruszkę w zupie albo po prostu brak papieru w toalecie.

Przestały mnie już też dziwić monologi o liczbach pierwszych, czołgach i rozwiązaniach na nowy rodzaj paliwa z kamieni szlachetnych (bardzo ekologiczne bo niezykle wydajne "taki jeden kryształ zapewni 1000 km przejazdu tym pojazdem i codziennie może się ładować przy pomocy energii słonecznej").

- Ubierajcie się na dwór - poganiam ich do wyjścia z domu bo co chwila widzę jakiś rezultat nadmiaru ich energii.
- „Stasiek, tej szafy nie przesuniesz bo nie masz tarcia.” - poucza młodszego brata Emil widząc jak nogi w skarpetach spacerują jak na bieżni. Stasiek z zaparciem ciągle pcha, a potem zwyczajnie zaczyna odstawiać pajacyki, różne wygibasy, tańce, a także parodiowanie mamy, która wymachuje śmiesznie rękami i próbuje coś wyprosić.
- „Jestem kapitan Majtas!” - wykrzykuje Staś mając majtki na głowie i bardzo dumną minę. To śmieszne połączenie aktorskiej powagi i śmiejących się oczu - to coś co ich tak bardzo odróżnia.
Patrzę przez chwilkę na Staśka i wybucham śmiechem. Po chwili oboje się śmiejemy i przytulamy. 
- Ok, jesteś śmieszny, ale teraz się ubieraj - mówię do Stasia.
- "Czemu się śmiejecie?"- pyta Emil patrząc na nas.
- Nic. Tak się śmiejemy. Czasem tak jest gdy ktoś jest zdenerwowany (tak jak ja przed chwilką, że mnie nie słuchacie) to najlepiej wtedy pośmiać się ze sobą. 

Ale może ktoś inny nazwałby ten śmiech - reakcją nieadekwatną do grozy sytuuacji?...
                                            
                                                                                        * * *

„On ma tylko taki swój świat”- mówili wszyscy, z którymi chciałam się podzielić swoimi refleksjami.

Patrzyłam się na młodszego - normalnie rozwijający się Syn miał majtki na głowie i to podobno ma prawo być normalne. Natomiast dziwna dla innych może być taka rozmowa o ogórku, wyjaśniająca bardzo nurtującą Emila zagadkę : dlaczego ogórki z działki i ze sklepu są różnej wielkości.
- Po prostu są innego gatunku - opowiedziałam krótko, oszczędzając mu rozwlekania się o nawozach.
-„Dziękuję Ci mamo, że przekazałaś mi tą wiedzę. Zawsze się nad tym zastanawiałem.” - odpowiada Emil.
Dziwne? Dziwne, nie zaprzeczycie.


A jednak przy bliższych obserwacjach i refleksjach zmienia mi się spojrzenie na pojęcia takie jak: normalność, empatia, tolerancja, adekwatność reakcji na sytuację itp.


I niech Ci będzie, mój dziwny synu.
Świat byłby nudny gdyby takich „dziwnych” ludzi nie było na Ziemi.

"Twoje dzieci wychowają się na dobrych ludzi, zobaczysz" - mawiała ś.p. Babcia - "nie trzeba im tylko w tym przeszkadzać."

                                            

.

niedziela, 25 lutego 2018

Sklep Pana Emila

  Pan Emil uchodził za ekscentryka - nie miał zbyt wielu przyjaciół, sprawiał wrażenie jakby mu nawet za bardzo nie byli potrzebni. Ot trochę śrubek wystarczyło mu do szczęścia, różnych metalowych blaszek, garść sprężynek i już Pan Emil konstruował coś wytrwale w swojej pracowni.
Na ścianach kolorowe plany i schematy maszyn przedziwnych, przeistaczających szmaragdy, rubiny i ametysty na paliwo do futurystycznego pojazdu.


fot.arch. konstrukcje wynalazków P.Emila

fot. arch. samochód futurystyczny P.Emila


  Nie lubił, gdy mu przerywano podczas pracy. Owszem miewał  "nieco żywiołowy temperament ale wyglądał na człowieka pogrążonego we własnym świecie"

Jego pasja zajmowała mu każdą wolną chwilkę, a na co dzień Pan Emil prowadził sklep.


fot. P.Emil w towarzystwie Miejscowego Malarza

  W sklepie posiadał kolekcje niezwykłe - kolekcje zapachów piętrzyły się na półkach, tuż obok kolorowe oczy, kredki oraz kartony przeróżne, w które zaopatrywali się miejscowi malarze: Stanisław Kiciański oraz Antoni Gardi.




  U miejscowych malarzy zamawiała portrety pewna Dama.
- "Och, Stanisławie, chciałabym zamówić u Pana swój portret"- mawiała Dama. 
Po czym Stanisław zamawiał artykuły w sklepie Pana Emila. Interes się kręcił i wszyscy byli szczęśliwi. 
  Nawet Antoni, który malował tylko wzruszająco-nostalgiczne portrety weselszy jakiś się stawał w towarzystwie Stanisława otulonego natchnieniem i wizją.

fot.arch. Pan Kiciański podczas pracy.

Ale któregoś razu, Dama wykrzyknęła oburzona:
- "Ależ Stanisławie! Zamawiałam portret z wesołą, uśmiechniętą buzią! A tu szczękę jakąś Pan wymalował wystraszoną"- Dama palpitacji dostawała.

Ale Pan Emil, oglądając w kontemplacji portret spokojnie rzekł:
- "Ależ nie, to tylko ktoś się uśmiecha. Tak się uśmiecha, że aż zęby pokazuje. Kupuję!"

Znajdź portret, który zakupił Pan Emil.

fot.arch. Pan Emil w swoim sklepie.

   I taka to była historia, której morał tylko nieliczni zrozumieją ;)
Ale tak nawiasem mówiąc, Pan Emil kogoś mi przypomina... 


poniedziałek, 18 stycznia 2016

Dziecinni dorośli

- I wiecie kogo spotkał w brzuchu wieloryba Pinokio? Tam był Dżepetto!- próbuję zaciekawić synków zawieszoną poprzedniego wieczoru opowieścią. Jak zwykle zasnęli po przeczytaniu dwóch stron więc trzeba jakoś zawiązać teraz akcję.
-" Przecież mówiłaś mamo, że wielolyby nie zjadają ludzi?!"- mówi zdziwiony Emil.
- No tak, nie zjadają. To był oczywiście potwór morski. Albo rekin nawet.- mieszam się w zeznaniach, bo w prastarym wydaniu z czasów mojego dzieciństwa określenia owego stworzenia są różne, a na rysunku jak byk narysowany jest wieloryb. - Wiecie kogo spotkał? Dżepetta!- wykrzykuję zaintrygowana, by tą euforią niesamowitego spotkania zarazić nieco dzieci.
-"A wiesz mamo, że przez żółty port można teleportować się do siódmego nieba?!!!" - wykrzykuje nagle Emil historią z zupełnie innej beczki.
Ja nieco zbita z tropu uświadamiam sobie nagle, że dzieci dużo bardziej intryguje minecraft niż Pinokio, to jednak zamyślam się na chwilę nad tym teleportem... Siódme niebo... Fajnie by było mieć takie żółte drzwi...
- Fajnie ale teraz czytamy o Pinokio, który spotkał Dżepetta!

-"No dobra, nie gadaj już tyle tylko czytaj."- mówi poirytowany Emil.

Emil - niedawno skończył 7 lat. W średniowiecznej Polsce takiemu chłopcu obcinano włosy i oficjalnie stawał się młodym mężczyzną. Trochę to na wyrost było, taka niby-dorosłość ale Emil tą dorosłość szybko poczuł. -"Mamo jestem już dorosły. Nie musisz mi tego mówić!/ Jestem już dorosły mogę już to sam zrobić"- często przewija się takie stwierdzenie we wszystkich rzeczach do tej pory zakazanych. Tym bardziej dorosłość poczuł, że chodzi już do szkoły, a nie jak dzidziuś Staś do przedszkola.
A jednak smutno mi czasem, gdy tą swoją dorosłością obnosi się w szkole i zabrania mi odprowadzać się pod klasę. "-Ty już dalej nie idź, ja sam. Nie idź, będę tu stał na schodach ale z Tobą nie wejdę." lub " tylko nie przynoś mi tego piórnika do klasy bo wstyd będzie!" - To jak wolisz: możesz nie mieć piórnika cały dzień i się nie wstydzić albo powstydzić się mnie przez chwilę i piórnik mieć".

A potem sama czuję się trochę obciachowo, jako "dziewczyna" i mama, za różne rzeczy. Za to, że nie jestem już taka potrzebna bo cycków już moich nie trzeba, nie ma tu już dzidzisiów. Za to że nie mam siusiaka ("a dziewczyny nie mają siusiaków, haha ha"), że nie wiem co to są creepery ani TNT, że jestem dziewczyną i słabo strzelam z plastikowego pistoletu ("bo dziewczyny są słabe w strzelance"), że nie znam się na tych wszystkich robotach i maszynach, a zamyślam nad Muminkami, których starą polską wersję odkryłam na Youtubie ("taka duża, a ogląda Muminki").

A najbardziej mi smutno i wstydzę się, gdy mimo całej jego dorosłości widzę łzy w oczach synka gdy spóźniam się z obiorem z zajęć, chociaż obiecałam, że przyjdę, a on nie mógł znaleźć świetlicy.

Gdy dziecko wyrasta powoli z dzieciństwa dorośli czują swoje siwe włosy i zmarszczki pojawiające się coraz szybciej i nieodwracalnie.
A ja jedną rzecz najbardziej zrozumiałam - nie uchronię go przed całym lękiem świata, który jeszcze nie raz da się mu we znaki odczuć dotkliwym może bólem ale powinnam go nauczyć jak sobie z tym smutkiem i lękiem radzić. Ale czy bagaż naszych dorosłych doświadczeń pomaga w zrozumieniu świata i radzeniu sobie ze swoimi słabościami? Czy może przeciwnie - im więcej mamy doświadczeń tym bardziej gubimy się w tym co właściwe i ważne. A piramida wartości staje na głowie i błędnik naszej moralności po prostu głupieje? A my sami jak drewniane kukiełki potrafimy tylko dać się sterować, ogłupiać, pociągać innym za sznureczki; zamiast myśleć, ucierać nowe szlaki, uczyć się na błędach i  w reszcie chcieć się uczyć, wolimy zwyczajnie iść na łatwiznę i kierować się stereotypami. Tacy dorośli, a jacy dziecinni!




sobota, 24 października 2015

film taaakkk!

W sobotę wieczorem ludzie powinni pić piwo, spotykać się ze znajomymi, oglądać film lub czytać książkę.
Ja zazwyczaj tego nie robię. Chłop znowu wyjechał więc nie mogę tak po prostu wyjść i zostawić dzieci. Czytać też nie mogę, chyba, że bajki na dobranoc. Opcja film - taaaakkk! Ale do zmontowania.
Więc wcale mi się nie chce. Szczerze to piszę.
I wcale nie pociąga mnie historia człowieka sukcesu ani jego książka. Nie zamierzam kierować dużą korporacją ani zostać liderem (choć w wychowaniu tych nieposłusznych urwisów może by się przydała...?) Ale robotę zrobić trzeba.

No, w sumie Pani Grażynka była, wymarzony człowiek kultury. I tak przekonuje ona na tym spotkaniu, że jak się już dorwie człowiek do "tej książki to czyta się ją jednym tchem".
I nawet była Bardzo Ważna Osobistość...

Promocja książki - pozachwalać trzeba. I że książka super i autor niebanalny.
Pod koniec filmu ze spotkania jestem już niemal przekonana, że tak właśnie jest. I zamiast 2 minutowego materiału mam 10 min bo wszystko wydaje mi się ważne i tyle opowieści różnych ludzi ciekawych.

Chciałabym jednak zacytować Wam dwie wypowiedzi, które na prawdę uważam za cenne przemyślenia.
VIP zastanawiał się "skąd się biorą ciekawe życiorysy, dokonania w trudnym życiu, w trudnych czasach?" I on zawsze powtarza, że to "jest taki mechanizm jojo. Im bardziej w dół, tym bardziej w górę. Im bardziej ktoś dociśnie do samego dołu, tym bardziej ambicja i jakaś odwaga, i jakieś doświadczenia i marzenia, aspiracje windują w górę."

Drugi cytat, też zresztą cytowany przez autora książki jako prośba swojego profesora do studentów.
Profesor zawsze powtarzał swoim uczniom o tym, co jest potrzebne w tym konkretnym zawodzie akurat, ale uważam, że można to traktować jako coś dla każdego:

"Pamiętajcie, że w tym zawodzie najważniejszy jest talent. Jeśli go wam zabraknie, starajcie się to nadrobić pracowitością. Ale jeśli jesteście na to zbyt leniwi, to udawajcie chociaż inteligentnych. Jeśli wam się to też nie uda, to zachowujcie się chociaż kulturalnie. A jeśli byście i tego nie potrafili, to proszę was chociaż o odrobinę taktu."



piątek, 16 października 2015

Ja też chcę kwiatki!

Ja też chcę kwiatki! I czekoladki!
Kilka dni temu był Dzień Nauczyciela, ja nauczycielem szkolnym nie jestem. Ale uczę, uczę każdego dnia swoje dzieci po prostu życia. 
-"Zostaw to pranie, tę zupę i tę podłogę. Nikt Ci za to nie zapłaci. Materiał do zmontowania czeka."- pogania mąż.
A kobiety chyba tak już mają, że dom i dzieci nie mogą czekać; wszystko inne zostawia się w tyle.
Ale dwa dni później ubranka i tak lądują w koszu na brudną bieliznę z plamami nie do wywabienia współczesnymi detergentami. Podłoga zaklejona czymś bliżej nieokreślonym.
 I nikt nie chce jeść tej zupy, chociaż piękną nazwę posiada: królewska! 
- "Ze szpinakiem?! Ble!" - odpowiadają wszyscy mężczyźni w domu.

Mąż tworzy wspaniałe danie chińskie. Dzieci siadają, spoglądają na talerz z miną podejrzaną.
A ku mej uciesze (głęboko ukrytej) Emil wypowiada obfity komentarz:
"- Bleeee".
Staś mu wtóruje:
- "Bleeee".
- Ale co tu jest ble? To jest kurczak, to makaron, a tu warzywka, wszystko w pysznym sosikiem. - zachwalam danie.
- "To jest obrzydliwe" - podsumowuje Emil nawet nie spróbowawszy ociupinki.
-"To jest obzidliwe" - powtarza Staś.
Po czym razem odchodzą z kuchni, a ja wymyślam coś innego na kolację.

*
-"Emil pobił się w szkole z kolegami"- mąż oznajmia nowinę.
Patrzę na Emila i pytam - Emil to prawda? Dlaczego się biłeś? Od czego to się zaczęło?
- "No tak, no bo chciałem się zapoznać z kolegami i przedstawiłem się. A oni zaczęli się smiać i wołać KICI KICI. No to ja ich kopnąłem w plecak, a oni mnie w tyłek. I tak to się zaczęło".
Acha. No tak, ten kto wie skąd takie miałczenie kolegów ten pewnie też uśmiechnął się teraz pod nosem. Ja też się uśmiechnęłam i nie wiedziałam co powiedzieć tylko spojrzałam na Artura. Też miał ten problem w dzieciństwie. 
I trzeba dziecku zrobić pogadankę na temat bicia się, reakcji na obrażania przez innych itd.

*
-"Znowu rozrabiał"- co drugi dzień słyszymy skargi na Stasia. - "A przecież za rok idzie do szkoły".
Zostawiam Stasia na treningu piłki, siadam na balkonie ukradkiem podglądając jego wyczyny.
- "Mamy obserwatora, pomachajcie dzieci do pani tam na górze"- mówi trener. Dzieci machają, ja odmachuję.
A ja tu nie zupełnie dla przyjemności siedzę. Muszę trochę Staśka pilnować. Bo trener nie wie, że Staś potrafi gryźć, kopać i wygłupiać się w dosyć zapalczywy sposób, a ja to wiem. 
Przy okazji szybko wypełniam ankietę logopedyczą i wymykam się na szybkie zakupy. O, w sumie mogę wstąpić też do przedszkola i spytać na czym tym razem polegało rozrabianie Staśka.
-"Nie słucha się, ciągle się śmieje, rozśmiesza też inne dzieci, gdy trzeba się skupić na ćwiczeniach albo odpocząć na leżakowaniu"- odpowiada Pani. -"Ja już jestem przyzwyczajona ale Pani Ula to zupełnie nie wie czasem jak ma do niego trafić".
-Acha.- wzdycham lekko uspokojona. Dobrze, że Pani Ula nie widziała okrągłych śladów na ramieniu Michałka po zębach Staśka i chwytów zapaśniczych, których nie wiadomo gdzie się nauczył. Z resztą, jak sam mówi: "To nie ja, to moja noga/ jęka. I to głowa tak mi mówi, takie pomyśły żeby tak robić, a ja chcę być gźiećny, naplawdę" - przekonuje niewinnie.

Stasiek po prostu taki jest. Najwyrażniej uważa, że rozweselanie innych to jego misja życiowa.
Kiedyś w korowodzie pytań typu: po co jest niebo, po co słońce itd padło pytanie: po co są dzieci?
- No właśnie Stasiu, po co są dzieci?- pytam synka.
-"yyymmm... bo jakby nie było dzieciów to mama była by smutna."

I było to jedno z najpiękniejszych i najmądrzejszych prawd życiowych jakie usłyszałam od swojego dziecka.

Czysto by było w domu, mniej pracy przy gotowaniu i sprzątaniu. I na dalekie wycieczki pewnie częściej bym jeżdziła. Zamiast na buty, leczenie zębów, dodatkowe zajęcia mogłabym wyglądać pięknie i mój dom pięknie by wyglądał.
Ale teraz też jest pięknie, bo podobno tam gdzie na ścianach są dziecięce malunki tam mieszkają szczęśliwe dzieci, " a bez dzieciów mama by była smutna".






piątek, 19 czerwca 2015

poświęcenie w nieco niemoralnych okolicznościach

Czasem kobieta po prostu musi się poświęcić mężczyźnie. Taki los.
Powtarzałam sobie niczym mantrę słowa pseudo-refleksyjne. Przebiegłam zatem pół mokotowskiej w tych pantoflach, które niech to szlag trafi i tego, kto wymyślił obcasy! Z obtartymi piętami, zaciskając zęby w bólu i bez plastra na odciski w torebce pękającej od szwów lecz nie mającej w sobie akurat tego, czego kobieta potrzebuje!

I w końcu mam to czego mi trzeba!
- Mam! Czekam na Ciebie w damskiej łazience - mówię do Artura, który ogrywał jeszcze budynek Sheratonu na zewnątrz.

Oderwałam delikatnie opakowanie. Artur już przyjął odpowiednią pozycję (w jego rozumieniu), a ja zbliżam się. Zbliżam i gdy już już prawie mi się udało….  nagle Artur, w pozycji leżącej plecami na marmurowym zlewie, zrobił dziwny ruch.
- Dobra, tylko spokojnie. Spróbuję jeszcze raz.- staram się mówić spooookojnie.

 Po kilkunastych próbach zbliżenia, powtarzając wciąż te same słowa wyraźnie zniecierpliwionemu Arturowi, jestem bliska szaleństwu - Zaufaj mi, tylko spokojnie, nie sprężaj się tak, a może zmienimy pozycję? Za wysoki jesteś, trochę kucnij, rozluźnij się…!

Pani wchodząca do łazienki zrobiła zdziwione oczy i zawahała się w kierunku: kibelek- drzwi wyjściowe.
-" Ja nie mogę, to dla mnie zbyt stresujące ta damska łazienka!" - zdenerwował się Artur - "Chodźmy na korytarz."
- Lepiej nad zlewem, uwierz mi!- trudno jest kobiecie czasem zachować cierpliwość.

Więc jesteśmy na korytarzu. Artur siedzi, ja stoję.
- "No i masz! Niech to szlag! Mówiłam, że lepiej w łazience! Jedna jest ale drugą szlag trafił. Nie znajdziemy teraz na tej wykładzinie!

Pochyliliśmy się nad wykładziną i na czworaka szukaliśmy soczewki kontaktowej.

Po kilku minutach bezskutecznych poszukiwań poddaliśmy się.
Artur nieco zniecierpliwiony stanął przy swoim stanowisku. Gdy patrzył lewym okiem w okular było ok, ale gdy tylko oderwał wzrok, nic nie widział.

"Ej, w binoklach całkiem nieźle wyglądasz!"- pociesza go Fuzzy.

Konferencję jakoś nagraliśmy, przy czym, ja soczewki miałam (pan w salonie dołożył mi nawet gratisowe soczewki koloryzujące), a Artur tylko okulary, bez jednej stopki, ciągle ocierające mu nos.

I niestety! Efekt mojego poświęcenia wylądował w koszu.
A binokle pozostały!

Jaki z tego morał? Co byście kobiety nie wymyśliły i tak efekt waszych starań wyląduje nie tam, gdzie planowałyście!




niedziela, 31 maja 2015

Czerwone szpilki

Urodzinowy grill u szwagierki, wieczorne rozmowy, zapach pieczonego kurczaka i dzieci grające w piłkę. Sielanka i spokój po dniu pełnym atrakcji - był piknik rodzinny w przedszkolu, dmuchany zamek, fontanna z czekolady i rozdwojenie moich oczu gdy szukały na zmianę raz Emila raz Stasia, bo gdy jeden się znalazł zaraz drugi gdzieś ginął w tłumie. Był też turniej taneczny gdzie Emil wraz z pozostałą czwórką 5 - latków mógł zaprezentować umiejętności taneczne wpajane przez ostatnich kilka miesięcy. Oczywiście zajął 1 miejsce, razem z całą czwórką ale medal ma!
Ech, jak miło napić się w końcu winka i odpocząć na tarasie…

-"Mamooo, piłka wpadła za płot!!! I co teraz?"

OK, oczywiście, piłka, nie ma problemu. Wskoczyłam na psią budę, potem lekkie zachwianie równowagi na płocie i już jestem po drugiej stronie płotu. A oto i piłka!
Hmmm tylko jak tu teraz wskoczyć z powrotem? Po drugiej stronie płotu nie ma drugiej budy dla psa...
Emil podchwycił obawę.
-"To poczekaj mamo, przyniosę Ci chipsy, żebyś nie umarła z głodu".
I przyniósł, 5 chipsów o smaku kechupowym.
Później ciotka przyniosła stołeczek, Artur linę i jakoś udało się wrócić na stronę grillowej sielanki.

Pewnie zastanawiacie się skąd u licha ten tytuł posta ze szpilkami? I co to ma wspólnego z nieumieraniem z głodu po drugiej stronie płotu?
Otóż bardzo wiele! Na dzień matki Emil narysował mnie w różowych spodniach (spodnie to rozumiem, bo spódnic nie znoszę więc nie noszę prawie wcale ale różowe?) i czerwonych szpilkach. Że niby mama jego, czyli ja, jest taka super sexy w tych czerwonych szpilkach. Do tego miałam czerwone kryształowe kolczyki i kryształowy naszyjnik. Bardzo piękne to było i wzruszające. Ale sami powiedzcie, jak matka może chodzić w szpilkach gdy na co dzień musi liczyć się z ewentualnością przeskakiwania przez płot lub szukania ręki robota w piaskownicy? Przekopaliście kiedyś piaskownicę dziecięcą łopatką w poszukiwaniu ręki robota? Ja tak. Bardzo pracochłonne zadanie. Ale polecam. Szczególnie dobre na rozciąganie mięśni! A jak do tego dołoży się chodzenie i bieganie za dziećmi w szpilkach to w ogóle można mieć bardzo smukłe nogi.
 Zatem kobiety na szpilki!

czwartek, 16 kwietnia 2015

Szszsz szumi dookoła las...

Emil ćwiczy jak szalony głoskę "sz". Ćwiczymy całą rodzinką. Biegamy na prywatne lekcje w soboty i pilnie odrabiamy logopedyczne prace domowe zadane przez przedszkolną Panią logopedę.
I nagle przypominam sobie po kąpieli wieczornej dzieciaków, że trzeba coś narysować w Emila zeszyciku.
Pod naklejonymi obrazkami zawierającymi głoskę "sz" napisana prośba: proszę narysować w wolnych ramkach obrazki zawierające w środku słowa głoskę "sz". I weź tu człowieku coś wymyśl gdy podstawowe słowa (mysz, muszelka, uszy itp) zostały już wklejone i zaklepane, a ty weź twórz dalej.
- Wymyśl coś Artur co zawiera "sz"- zrzucam na męża brzemię pomysłowości.
Artur leżąc na łóżku Stasia szuka podpowiedzi na suficie ale wszystko co wymyśli już widnieje w obrazkach wklejonych do zeszytu. Wszystkie myszy, szachyy, uszy i szelki już są.
- "Stasiu zdejmuj tą koszulkę" - prosi Artur młodszego synka przebierając do w piżamkę.
- Dobra Emil, rysujemy koszulkę - chwytam entuzjastycznie słowo. Ależ jestem genialna! - Dawaj dalej Artur!
-"To może... SKRZAT"- dumnie podsuwa pomysł mąż tkwiąc w błogostanie.
- To może już lepiej dysgrafiku nie podpowiadaj. - pokiwałam głową z lekką drwiną chociaż wiem, że dysleksja to ciężka, niewyleczalna przypadłość. Ale w tym samym momencie przyszło mi pewne skojarzenie:

(Czy tylko ja romarzyłam się o Stingu przy myślach o pszczole?)

- Rysyjemy pszczołę Emil.- wymyśliłam łapiąc wenę, a Emil podjął wyzwanie, z uwielbieniem wyrysowując pszczole wielkie czarne żądło przypominające olbrzymi pistolet. - Jeszcze tylko jeden obrazek i koniec. Rzućcie jakiś pomysł. - motywuję całą naszą grupę do ukończenia malowniczo-logopedycznego dzieła.

- "Wiem, wiem "- krzyczy odkrywczo Emil - "S Z Ł O Ń C E "- mówi powolnym  i poważnym tonem.

Staś, będący akurat w wyśmienitym humorze, skakał wokół Emila ze swoimi pomysłami, kierując je tylko do uszu Emila:
-"Kuuupaasz. Kuupa w szmajtkach"- szeptał donośnie do Emila i wybuchał śmiechem z tak wyśmienitego żartu.
- Dobra Emil rysujemy pieluszkę i to będzie koniec.- ech..., moje natchnienie nie ma granic. Granice ma moja cierpliwość więc szkicuję tą pieluchę wbijając Emilowi do głowy, że jeśli pani logopeda zapyta co to jest to ma ładnie odpowiedzieć, że nie żadne majtki tylko P I E L U S Z K A.
-"Świetnie, pieluśka, to ja tu domaluję kupę i będzie wiadomo, że pieluśka" - rozentuzjował się Emil i już chwytał za brązową kredkę.
- Nie, żadnej kupy! - wyrwałam mu w ostaniej chwili narzędzie potencjalnej zbrodni wobec naszej ciężkiej twórczości.
-"Kupa, kupka, kupa w majtkach! Pupa z kupą!"- Staś coraz bardziej uradowany lekcją logopedyczno - artystyczną był zachwycony; w końcu może powykrzykiwać swoje ulubione słowa.

Gdy nadszedł koniec lekcji, z ulgą westchnęłam do siebie w myślach: dobra dzieciaki, czasz szpać...


środa, 15 kwietnia 2015

Pozdrowienia dla Zimowców

Przed Świętami Wielkanocnymi zrobiło się na prawdę zimno; sypnął śnieg.
 Gdzie do cholery ta wiosna?
- Dzieci pakujemy się i jedziemy na święta do Dziadków - pospiesznie upychałam ubrania do walizek.
- " Hula, a w noci pszyjdzie święty Mikołaj!"- wykrzyknął uradowany Staś wyglądając za okno.

Kwiatki podlane, ostatki z lodówki wyrzucone do kosza, wrzuciłam więc na siebie w pośpiechu zimową kurtkę i jedziemy.
-"Mamoooo, wyglądasz jak zimowiec"- powiedział w zamyśleniu Emil.
- Zimowiec? Jaki zimowiec? - rzuciłam zdziwione oko na synka.
- "No wiesz, taki zimowiec, który mieszka tam, gdzie cały czas jest zimnooo i dużooo śniegu i jeździ skuterem śnieżnym albo saniami z pieskami. Zimowiec."- snuł swoje wytłumaczenie Emil tonem spokojnym i oczywistym swojej niedouczonej i niedomyślnej mamie, czyli mi.
- Eskimos? - pytam nieśmiało synka tłumiąc uśmiech.
- "No tak, eskimos. Taki zimowiec po plostu".

Ale skoro Afganka, ubrana od stóp do głów na czarno została nazwana przez Emila ninją (nowy zakup atlasu dla dzieci bywa bardzo twórczy dla wyobraźni) to równie dobrze Eskimos może być zimowcem. Czemu nie? Super. Piątka za skojarzenie i słowotwórstwo synku!

ps. A swoją drogą, współczuję wszystkim mieszkańcom dalekiej północy. I współczuję Św. Mikołajowi. To jest dopiero prawdziwy zimowiec! :)





źródło: Youtube; Alma Cogan

środa, 4 marca 2015

Matko, ojcze - odchodzę!

I weź tu matko bądź cierpliwa, kreatywna, tryskaj energią i pomysłami gdy dziecko po zabiegu jest z tobą 24 na dobę (tak, w nocy też to to przyłazi ci do łóżka bo boi się ciemności).
Emil po zabiegu wycięcia migdałów został ze mną w domu kilka dni, a pod koniec tygodnia dopadł nas jeszcze wirus rota - zaczynając u Stasia, a kończąc na mnie - nieźle zostaliśmy wytarmoszeni fizycznie i psychicznie. Rezultatem tych męczarni był bunt Emila.

BUNTY EMILA
Często bywają oczywiste:
- "Nie będę mył ziębów! Nie bo nie!"

Często próbuje coś ugrać poprzez wzbudzenie u mnie wyrzutów sumienia za nierównie traktowanie:
- "Ty tylko Stasia nosisz na jękach, a mnie to nie" - robi mi wymówkę gdy Staś zaśnie w samochodzie i nie chcąc go budzić przenoszę na rękach do domu. - "A on jest oszukiwacz, widziałem, otwoził oko, on wcale nie śpi tylko udaje! On cię zawsze używa do noszenia!"
(Nowe zastosowanie matki.)



Czasem bywa dyplomatycznie delikatny i przezorny:
- "To ja też chcę takie lusterko do snów" - spodobał mu się pomysł z "Akademii Pana Kleksa" - "ale najpierw przetestujmy na Staśku"...



Codzienne są oczywiście buntownicze zabawy z porannym ubieraniem do przedszkola - berek, zabawa w chowanego i duchy (oplatanie siebie lub brata kołdrą).


Jednak czasem rodzice muszą pokazać, że bunty też mają granice i powiedzieć: BASTA!
Niedziela była takim właśnie dniem: zmęczeni sobą, niekończącą się zimą, bólami brzucha domagaliśmy się rozrywki telewizyjnej - każdy swojej.
-"Teraz nasza kolej" - krzyczą dzieci.- "Chcemy bajki!"
-"Pozwólcie mi tylko dokończyć ten program" - błagam, bo właśnie ten facet wybudował swój dom po wielu miesiącach twórczego trudu i jestem niezmiernie ciekawa wystroju wnętrza.
-"Koniec, ja tu rządzę" - bierze pilota Artur i przełącza na Simpsonów (kreskówka więc w sumie można powiedzieć, że poszedł na kompromis).

Emil wpada w bunt. - "Dobzie, to ja odchodzę!"- oświadcza zawzięcie Emil i wymaszerowuje z pokoju.
Spodziewałam się takich słów od syna gdy osiągnie wiek jakichś 20 lat, ale 6- latek?

Chwilę czekamy ale widzimy, że Emil nie żartuje, właśnie wkłada kurtkę i buty. Ma też spakowany plecaczek (a w nim ulubione zabawki - magnesy, żołnierza i transformersa).
- "Odchodzę szukać innego domu"- mówi Emil załamanym głosem, na co Artur, wyraźnie ubawiony sytuacją odpowiada:
- "Dobra, Emil! Idziesz piechotą czy autobusem?Chyba autobusem, to poczekaj, odprowadzę Cię na przystanek". Pożegnałeś się z bratem i matką?"
Nie mogąc już tego słuchać wzięłam Emila do pokoju na rozmowę i długo tłumaczyłam, że tato żartuje, a mama płakała by całe życie jakby odszedł i w ogóle żeby tego nie robił.
-"Nooo, dobzie to jednak ziostanę"- oświadcza  Emil po chwili namysłu.

-"Dałaś się zmanipulować" - wyśmiewa się Artur. Przekonana byłam, że postąpiłam prawidłowo - przecież dziecko musi wiedzieć, że jest kochane i jak bardzo rodzicom zależy na jego szczęściu i bezpieczeństwu.

Ale nie mija godzina, gdy Emil oświadcza po raz drugi, że ODCHODZI. Akurat dostał karę wyjścia z pokoju gdy przyłapałam go na kuksańcu w twarz sprzedanemu młodszemu bratu.
-"Odchodzę, tym razem na plawdę odchodzę, nie zatsimujcie mnie"- pakuje się, wkłada kurtkę etc.
- Dobrze, to chociaż pożegnaj się ze Stasiem i tatą. - tym razem nie dam się zmanipulować, pomyślałam.
- "To pomóś mi kultkę zapiąć"- ostatnia prośba.
- Niestety nie mogę synku, jeśli chcesz odejść to musisz się nauczyć samodzielności.

Czy dobrze zrobiłam?







wtorek, 24 lutego 2015

Brzmienie ciszy


-"Mamoooo... a dostanę naglodę za to, że byłem oddzielny...?"- pyta cichutko Emilek.
- Tak synku, dostaniesz nagrodę za to, że byłeś dzielny. Byłeś bardzo dzielny.

Już po zabiegu. Niby zwykłe wycięcie migdałka, a jednak emocji sporo. I cisza...
Cisza, na którą tak długo czekałam. Piękny dźwięk głębokiego, cichego oddechu gdy dziecko śpi spokojnie...
Bez chrapania, bezdechów, nocnych przebudzeń...




czwartek, 12 lutego 2015

Imię matki

-"Mamo, mamo, zlób mi taką kanapkę z keciupem,  z nalysowaną moją litelą"- prosi moje dziecko.
-"Mi teś, mi teś"- woła drugie dziecko.
Po chwili pojawiają się kanapki z literkami E i S.
-"A wieś mamo, że w moim imieniu jest też twoja literka?"- Emil robi odkrywczą minkę. - "M jak mama" - wykrzykuje Emil.
- Świetnie, wspaniale. Ale to nie zupełnie jest moje imię. Tato to Artur, a ja jak mam na imię?...
Emil długo szuka wzrokiem podpowiedzi po ścianach i suficie aż w końcu wykrzykuje:
- No MATKA po plostu".

I nie może być inaczej. Mama zawsze będzie miała na imię mama i koniec i kropka.

wtorek, 13 stycznia 2015

SZOŁ MAST GO ON

Przedstawienie czas zacząć albo raczej: czas przedstawień się zaczął.

Dzień Dziadka i Babci się zbliża więc zaczęły się przedstawienia w przedszkolu przygotowane na tą właśnie okazję. Wniesienie sprzętu, lamp, kabli, ustawienie statywów, kamer i AKCJA! Gdy nagranie pierwszej grupy poszło dosyć sprawnie przy drugiej turze zaczęły mi się małe problemy.
Zaczęłam się denerwować czy teściowie zdążą odebrać dzieci przed 17-stą.
W dodatku jakieś niemowlę w pierwszym rzędzie ryczało wniebogłosy powodując moją dekoncentrację. A tu jeszcze coś mi napiera na okrężnicę! To pewnie ta dwudniowa zupa, którą szkoda mi było wylewać (pyszniutka jarzynowa, której doskonałości rodzinka nie doceniła).

17-sta mija, teściowa nie dzwoni, ja się denerwuję coraz bardziej. Niemowlę drze się i drze, a matka tylko poklepuje je coraz intensywniej po pupci (że niby to ma pomóc te bączki wypuścić czy też żeby się dziecku beknęło) roztaczając uśmiechy. Pani dyrektor też coraz dłuższe pauzy w wypowiedzi zaczyna stosować, zerkając co chwila na niemowlę, aż w końcu milknie i wszyscy oczekują co będzie dalej. A mi coraz bardziej pyszniutka jarzynowa napiera.
-"..a to nasz dziadek, a jak go nie znacie to wasz błąd" - dokończyła Pani Dyrektor do rymu: przystojny jak James Bond.
Matka z krzyczącym niemowlęciem wyciąga aparat z wielką lampą, przekładając krzyczące niemowlę na drugie ramię. A mi wyobraźnia nasuwa skojarzenie wielkiej kupy drzemiącej w pampersie krzyczącego dziecka. A jeśli on się zesrał po prostu, a matka tylko przyklepuje coraz bardziej tę kupę to jak on ma nie krzyczeć ten dzieciak? I ta myśl genialna sprawiła, że w końcu podjęłam stanowczą decyzję.
Opuszczam stanowisko. Niech sobie Artur z Piotrem kręcą, beze mnie też będzie spoko. Wybiegam z sali zmierzając prosto ku miejscu, które uwolni moje jelito z pyszniutkiej i zdrowej ale nieświeżej jarzynowej (a może ona jednak była z piątku a nie soboty?...) gdy naprzeciw mnie, tuż zza drzwi sali wybiegają dzieci moje. Teściowa akurat zdążyła przed 17-stą odebrać i czekali, ale gdy już się pojawiłam  Emil i Staś nie mogli już odpuścić mojej nogi.
-"Mama mama! To już my będziemy z tobą, też chcemy zobaczyć przedstawienie. Będziemy grzeczni."- musiałam zrobić w tył zwrot z  uczepionymi niczym misiami koala dziećmi.

Przedszkolaki wwędtrowały na scenę śpiewając radośnie piosenkę.
-"Pokaź mi pokaź! Ja teź chcię ziobacić"- prosi Staś żeby mu pokazać obraz w wyświetlaczu. Podnoszę go  i po chwili muszę postawić na podłodze bo chce wszystkiego dotykać. A tu Emil zaczyna przemykać się między rzędami krzeseł. Dorwanie go i usadzenie dało zamierzony cel tylko na chwilkę bo już po kilku sekundach obaj zmierzali w stronę statywu Artura.
-"Tato, tato to my, Emil i Staś"- pociągali za nogawki Artura.

No tak, to się właśnie nazywa macierzyństwo. Tym prostsze im mniejsze jest dziecko. Jeśli masz niemowlę i ono się drze to wystarczy dać mu butelkę lub cycka ( w zależności gdzie masz umieszczony pokarm) i przyklepać pupę. Jest wówczas nadzieja, że dobrodziejstwo ciepłoty kupki spowoduje błogi spokój dziecka. Jeśli Twoje dziecko natomiast potrafi już chodzić i ma ADHD oraz niepohamowaną ciekawość świata potrzeba już większej inwencji twórczej i wyobraźni albo babci po prostu!
-"To my chcemy na balkon"- zaszantażowali jeszcze chłopcy gdy w końcu udało mi się wyprowadzić ich z sali.
- O nie! Tylko nie balkon"- przypomniałam sobie jak w zeszłym roku Emil wyłączył prawie wszystkie lampy podczas przedstawienia gdy oderwałam od niego wzrok na chwilę. - Poszukamy babci.
Ale babcia jakby pod ziemię się zapadła.
Staś zaczął napastować dmuchanego bałwana boksując jego marchewkowy nos, Emil uciekał na balkon, ja miotałam się między potrzebą ( rozmarzony wzrok wbijając w wc) a szukaniem babci. W końcu jest, jest babcia! Hurra! Babcia niczym duch, pojawiła się niemal ze ściany, ogarnęła niesforne dzieci więc mogłam się uwolnić i ja. Dokończyliśmy też kręcić przedstawienie i wszystko jakoś się udało.

Ale jeszcze cały tydzień przed nami. Żeby nie wiem co: Show must go on!


źródło: http://www.mp20czest.szkolnastrona.pl



-Raz, raz, raz, próba mikrofonu...



 Pan Bałwan i Staś



Zgrany Team



I akcja!


Piotr z dziadkiem na kamerze.




A to nie wiem kto...



Na zakończenie: ufff...po przedstawieniu...


czwartek, 8 stycznia 2015

445 kawałków - pomsta

PROLOG
To miał być grudniowy post bo o świętach ale każdy wie, że w święta się nic nie robi więc i ja podtrzymałam tradycję wspólnego rodzinnego biesiadowania i odpoczynku od komputera.

***
Zima działa na mnie frustrująco - gdy jest mało słońca po prostu nic mi się nie chce i niewiele brakuje do popadnięcia w depresję. Przeszkodą jest tylko brak czasu, konkretnie brak czasu na smutki, refleksje i "łapanie doła". Gdy już już jestem bliska temu stanowi muszę się zebrać w garść i ustawić na baczność synków, żeby przestali się bić, gryźć i krzyczeć. Nic nie przeszkadza jednak w popadnięciu we frustracje - jest to pora idealna wręcz i sprzyjające okoliczności. Moje podstawowe pytania zmierzające do tego stanu:

1) Dlaczego nie urodziłam się w słonecznej Italii? Albo chociaż w pachnącej lawendą Prowansji? Czemu w tej Polsce, w której ciągle jest szaro i niebo szare i ciągle walczyć o coś trzeba?

2) Dlaczego nie urodziłam córek, żeby móc im pleść warkoczyki i bawić się lalkami? Mogłabym szyć te lalki i ubranka i pić popołudniową herbatkę w plastikowych filiżankach... Żeby chociaż ten Staś urodził się dziewczynką... Właściwie to lekarze do samego końca trzymali mnie w nadziei, że "prawdopodobnie córka, na 80 %". A tu syn i jeszcze w święta urodzony więc prezenty hurtem dostaje a potem płacze, że on właściwie tych urodzin to nie pamięta.

3) Dlaczego oni tacy nieposłuszni i zwierceni ci synowie. No po prostu ADHD jak nic. I weź tu bądź matką i szopkę im w kościółku pokaż, jak to to nie potrafi stanąć spokojnie przez 5 minut. Po wspomnieniach Świąt Wielkanocnych kiedy Emil i Staś biegali po kościele jakby ich diabeł opętał ani ja ani Artur nie kwapiliśmy się do pokazania im szopki. Uszami wyobraźni już słyszałam te komentarze starszych pań na temat "wychowania dzieci w dzisiejszych czasach" albo raczej "braku wychowania". Chcąc oszczędzić sobie zmagań poprzestaliśmy na głównych atrakcjach świąt czyli prezentach.

PREZENTY
Co kupić dzieciom - odwieczny mój problem, bo (czytaj wyżej)- nie mam córek tylko synów więc nie zupełnie mój świat.
Podpytywałam koleżanki w pracy: Silvię i Ursulę.
- "Oczywiście - klocki Lego." - odpowiadały jednogłośnie. Silvia przyniosła nawet obszerną broszurkę o klockach Lego i potrafiłyśmy rozmawiać o opcjach niemal godzinami.

I to chyba pokuta jakaś była. Zemsta nieba po prostu. Bo przecież moje ciągle braki mnie, mój stan niebytu przy dzieciach nie mógł się nie zemścić na mnie jako matce. Ja z pokorą przyjęłam na siebie ten ciężar. Co prawda na pierwszy rzut poszedł czołg (340 kawałków) i dwugodzinne składanie padło na ciocię Iwonkę. Składanie samochodu wyścigowego (ok 300 części) przyjął na siebie Artur. Na mnie padły: monstertruck (również ok 300 kawałków), ciężarówka (ok.400 kawałków), helikopter oraz baza pingwinów 445 części!

Za tą bazę będziemy musieli osobiście podziękować wujkowi Robertowi, którego synek jest w drodze. Zemsta za 3 lata!

źródło: http://www.digart.pl


czwartek, 13 listopada 2014

Sherlocki Holmsy i ich poszukiwania

- "Gdzie się podział mój samochodzik?"- pyta smutny Emil.
Chodzi, przeszukuje każdy kąt w mieszkaniu, zagląda pod poduszki, kocyki, przegląda swoje szpargały.
-"Nie ma, znikł po plostu"- wzdycha zasmucony, a rozpacz z powodu utraty auta wręcz skapuje mu z twarzy.
Nie dziwię mu się, gdyby mi zginęło auto też bym była smutna ( Rozmiar nie ma znaczenia- nie dotyczy mężczyzn;)
Pomagam zatem Emilowi, zaglądam nawet do pralki, zmywarki i toalety - zabawki mogą mieć różne kryjówki, szczególnie jeśli ma się takie dziecko jak Staś - lubiące ekscentryczne eksperymenty.
Staś też pomaga w poszukiwaniach - lupa w jego rączkach nabiera specyficznej mocy - wszystko jest teraz duże i wyraźne.
-" O jaki duzi noś."- nie może się nadziwić nosowi Emila - "Duzie oko"- ogląda w lustrze swoje oko przez szkło powiększające. -"Ooo, jakie duzie cyćki" - sięga rączką pod moją bluzkę".
-"Wcioraj dośtałem taki mały samochodzik od cioci. Taki fioletowy. Bawiłem się z nim w kąpieli"- przypomina sobie wszystko Emil spacerując jednocześnie po mieszkaniu - "potem jak idłem śpać to włożyłem pod poduśkę" - kontynuuje Emil symulując sen. - "A potem się obudziłem i on znikł, po plośtu znikł"... - rączki Emila opadają bezradnie i smutnie.
- Nie martw się Emilku, wkrótce go znajdziemy.- pocieszam synka ale ciężko jest obiecywać coś dziecku gdy nie ma się pewności czy ta obietnica może być zrealizowana.

Dzień drugi.
- "Widziałaś dokumenty od samochodu?"- pyta Artur.
- Przecież Ty ostatnio prowadziłeś. - dobra, wiem, że ja ale próbuję zyskać na czasie. - Na szafce nie ma? Przecież ja zawsze kładę na szafce. - dobra, nie zawsze ale w torebce trudniej znaleźć. Każda kobieta to wie i rozumie, ale facet nie.
Poszukiwania trwały około dwóch godzin. Artur zaglądał niemal wszędzie i wyciągał wszystko z szafek i półek co tylko dało się wyciągnąć. Niczym pan Hilary szukał w spodniach i w "surducie" - tylko w butach nie szukał. Powyciągał z szafki wszystkie spodnie - a nóż w którejś kieszonce się zapodziały. Artur wyciągał z szaf ubrania, książki (nie pytajcie dlaczego), oszczędził tylko naczyń w kuchni.
- "To nie możliwe, że one znikły"- pyta coraz bardziej zdenerwowany mąż.
- Ciągle nosisz je w kieszeniach na tyłku to może wypadły...
Po godzinie szukania mieszkanie wyglądało jakby przeszedł przez nie tajfun lub ewentualnie po wtargnięciu bardzo sfrustrowanego włamywacza.

Zadzwoniłam nawet do znajomych, którzy odwiedzili nas poprzedniego dnia. -"Aniu, mam dziwne pytanie - uprzedziłam, żeby się nie zdziwiła. - Jak wczoraj od nas wychodziliście to nie zapodziały się tam u was nasze dokumenty od auta?- i tak się zdziwiła.- Tak tylko pytam, bo już wszystko przeszukaliśmy, a dokumenty zazwyczaj kładziemy na tej szafce, na której wczoraj położyliście ubranka Zenka...- Ania przeszukała swoje torebki ale dokumentów nie było.

-" No dobra, są" - westchnął w końcu Artur, a ja wytrzeszczyłam w oczy bo uwierzyłam w swoją teorię zaginięcia  i wizję leżących gdzieś na chodniku dokumentów.
- "Nie uwierzysz gdzie były!" - ekscytował się mąż.- " O tu, na biurku, patrz jak się sprytnie schowały pod tą osłonką na obiektyw kamery. - dziwił się i cieszył jednocześnie.
- No popatrz ty, któż by zgadł, że tam się mogą schować.- klepałam po ramieniu męża dumna z jego odkrycia.
- "Dobra, ja szukałem to ty teraz sprzątasz."- mówi zmęczony mąż.

Dzień trzeci.
Mąż od rana chodzi jakiś dziwny. Zagląda w różne miejsca i przygląda się różnym przedmiotom pod dziwnym kątem. Chodzi i myśli.
- Czego znowu szukasz? - pytam bo znam dokładnie to zachowanie.
- "Okulary mi zgninęły".
- Okulary. Zginęły... - a szukałeś na biurku?
- "O, popatrz, są w etui. Ha."

A podobno to ja mam dziury w pamięci...


źródło:  Photograph: H Armstrong Roberts/Corbis

środa, 29 października 2014

Kołysanka dla Stasia

- Śpijcie już chłopaki, rano trzeba wstawać do przedszkola. - proszę ładnie dzieci. Ale dzieci wcale nie chcą spać, brykają w najlepsze. - Kto pierwszy zaśnie tego rano czeka niespodzianka. - wymyślam coś, nie bardzo wiedząc co obiecując.
Emil natychmiast nieruchomieje i delikatnie pochrapuje, dając sygnał, że śpi. Ale Staś podskakuje na łóżku omotany w kołderkę i woła:
- "Pupa, pupa, pupa"- radośnie wykrzykuje swoje ulubione ostatnimi czasy słowo.
- Stasiu, połóż się ładnie i zamknij oczka, zaśpiewam Ci kołysankę.
- "Dobzie, juś dobzie, śpiewaj."
- W górze tyle gwiazd, w dole tyle miast... - zawodzę najładniej jak potrafię.
-" Pupa, pupa" - zawodzi ze mną Staś i wybucha śmiechem, a razem z nim Emil, którego radosne śpiewy Stasia wybudziły z symulowanego snu.
- Stasiu, nie będę śpiewać jak będziesz w kółko powtarzał PUPA.
- "Ale to nie ja. To kocik jest pupa i on tak śpiewa pupa, pupa.- Tłumaczy zdziwiony Staś.
- Mam śpiewać?
- "Dobzie juś nie będę, juś śpię, śpiewaj."
- Aaa, kotki dwa, szaro bure obydwa.
- Ja nie chcę o kotkach. - woła oburzony Staś.
- A o czym chcesz?
- "O duzich tlakach."
- O monster trackach?
- "Tak".
- Dobrze. Aaa, monster tracki dwa, szaro-bure obydwa.(...) Ach śpij bo właśnie monster track ziewa i za chwilę zaśnie (...).

Moje wysiłki nie poszły na marne, wkrótce Staś zasnął, żeby tylko nauczył się jeszcze zasypiać nie trzymając mi rączki na cycku...Ale wiadomo, miłość facetów do samochodów i kobiecych piersi jest nieuleczalna i trwać może całe życie...




sobota, 14 czerwca 2014

O 10-tej przybijam gwoździa

Dzień jak co dzień.
Budzę się o 7-mej. No... powiedzmy - zegarek w telefonie próbuje mnie dobudzić o 6.45. Pierwszy wstaje Artur i nie może się nadziwić, że po przespaniu 9-ciu godzin wciąż jestem niedospana więc z lekkim pomrukiem robi kawę i idzie dalej spać. Gwizd czajnika wyrywa mnie z półsnu. Niczym wyrwany z kamieni półczłowiek wyłażę z łóżka Emila. Człapię do kuchni, a potem czas przyspiesza. Ubieranie siebie, dzieci i biegiem do przedszkola.
- Jedż sieroto. No gazu, gazu. Czemu się zatrzymujesz? Miałaś jeszcze zółte babo jedna! - nie mogę powtrzymać się od komentarzy kobiet za kierownicą. Ja rozumiem, że ostrożna jazda i w ogóle 50 na godznię w mieście itd itp ale żeby 30? i zatrzymywać się pół kilometra przed skrzyżowaniem???!!!
Ostatnio zamknęli kilka ulic bo niby tramwaj chcą wprowadzić na nasze białołęckie progi więc korki i stres i zbyt dużo babskiej jazdy...
Wjedżam w końcu na skrzyżowanie, po trzech nieskończonych minutach oczekiwania i... załatwiam silnik. No dobra, wskoczyła mi przypadkiem trójka zamiast jednynki. Wielkie halo. Po co to trąbienie. Spoko spoko. Wszystkim to się może zdarzyć.
-"Mamo gazu, gazuuu!" - woła Emil.
Już jesteśmy prawie w przedszkolu ale jeszcze plac zabaw po drodze. Emil ze Stasiem wyrywają niczym zwierzątka z odpiętych smyczy. Jeszcze ślizgawka, jeszcze ten domek z hot-dogami. Mija kolejne 10 minut biegania i proszenia. Na placu boju pojawia się Pani do pomocy. Nic nie działają proszenia, błagania i zastraszania, że spóźnią się na śniadanie. Do akcji wkracza Pan Rysio. Pan Rysio jest nieubłagany. Bierze wierzgającego Emila na ręce i zanosi go do sali. Za nim biegnie Staś okładający go pięściami. Jak to dobrze, że istnieje Pan Rysio...
A potem wiadomo - zakupy, pranie, sprzątanie, przygotowanie obiadu i praca.

Po południu przywożę Agnieszce Stasia i Emila.
- Na pewno dasz sobie z nimi radę? - pytam na wszelki wypadek bo wiem, że sprawowanie opieki nad moimi dwoma urwisami to nie lada wysiłek, a co dopiero gdy pojawi się trzeci muszkieter w postaci Kryspina.
- "Nic się nie martw, wszystko będzie ok". -mówi Agnieszka. A ja wiem, że po prostu musi być O.K. bo mamy kolejne nagranie i po prostu nie może być wpadki.

-"Biedronki! Bierz biedronki!" - krzyczy półszeptem Artur stojący kilka metrów ode mnie. -" Żabki, żabki Twoje"- i pokazuje palcami znak twixa czyli naszych nożyc. Co oznacza, że ja nagrywam kamerą  dzieciaki po mojej stronie tzw nożyc, a on swoje. Niby prosta zasada ale nigdy nie wiadomo, które dziecko się odezwie, z którego kąta, więc musimy trwać w stanie gotowości. A gdy wkraczają krasnoludki w liczbie 8  w otoczce muzyki z J. Bonda to już w ogóle jestem roztargniona, bo nagle krasnolutki deklarują, że nie mogą już dłużej wytrzymać z tą Śnieżką i wymachują transparentami - PRECZ ZE ŚNIEŻKĄ!
Po godzinie 17-stej wciąż nagrywamy rozdanie dyplomów ale z torebki rozlega się sygnał telefonu od Agnieszki. Niestety muszę się rozłączyć.
Przy składaniu sprzętu Artur układa cały plan awaryjny - "Na pewno coś się stało skoro Agnieszka dzwoniła. To ja tu poskładam kamery i statywy a ty szybko jedź atutobusem."
Zwijając kable dzwonię do Agnieszki.
-"Nic się nie stało. W drodze powrotnej kupcie chrupki bo obiecałam chłopakom" - mówi Agnieszka.
-Acha, dobrze. - mówię nieco uspokojona. Wymazujemy zatem z pamięci wszystkie awaryjne szpitale gdzie najbliżej można zrobić ugs/ prześwietlenie itp.

Wkraczamy do domu. - I jak było?- pytam Agnieszki, a wita mnie znajomy krzyk trzech chłopców.

Agnieszka, nieco rumiana i na przemian blada próbuje chwycić powietrze by cokolwiek odpowiedzieć, po czym zamyka usta i znów otwiera i blednie. Wygląda niczym szeregowiec Ryan  wyciągnięty z placu boju.
- Dobra, to idź na chwilę zapalić, odpocznij - mówię do niej, bo wiem, że te słowa mogą okazać się ostatnią deską ratunku dla dzielnego żołnierza i jednocześnie odskocznią psychoterapeutyczną.
-" Ja po prostu już nie wiedziałam co mam im powiedzieć, zrobić. Wszystkiego już próbowałam: rysowaliśmy, bawiliśmy się, zjedli kolację ale ciągle się bili! Jak Emil przestał kopać Kryspina to Staś zaczynał go gryźć. I tak w kółko. W końcu obiecałam im te chrupki to znów na chwilę się uspokoili. Ale tylko na chwilę." - wzdychała Agnieszka - nie musiała się w ogóle tłumaczyć. Wiem przecież, że jak ich trzech się spotka to nawet super niania nie pomoże.

Zanim Emil i Staś poszli spać, po kąpieli i kolacji atakował mnie jeszcze grad pytań.
-"Mamoooo, a skąd się bierze prąd?, A mamoo a skąd się bierze piasek, a jak powstają ludzie ?" - itp i td
- Emil idź już spać, zamknij oczka. 
Po czym pozwalam powiekom by się przymknęły i odpływam.
Gdy Artur budzi mnie o 22-giej - " obudź się! Chodź montować dzisiejszy materiał"- ja po prostu wiem, że nie mam sił. Albo przybiję gwoździa przy biurku albo tu przy tej poduszce. Więc mruczę tylko - YHY i śpię dalej. Skulona przy Emilu/Stasiu w embrionalnej postaci śpię do rana.
Ciąg dalszy i na początku postu.



poniedziałek, 12 maja 2014

"Bo jesteśmy dzieciami"

- Dzieci czy możecie ładnie zjeść śniadanie, przestać się bić i wchodzić mi na głowę? - proszę ostatnimi pokładami cierpliwości chociaż dzień dopiero się zaczyna.
- "Nie, nie moziemy". - Odpowiada grzecznie Emil.
- A dlaczego? Dlaczego musicie się ciągle kłócić, bić, szczypać i pokazywać języki. Dlaczego?
- "Bo jesteśmy dzieciami po plostu". - Odpowiada rzeczowo Emil, po czym biegnie do kuchni, chwyta garnki, które stają się hełmami rycerskimi, a łopatki drewniane mieczami - i znów zaczyna się szaleństwo dzieciństwa.
Po prostu.

No tak, nic dodać nic ująć. Dzieciństwo ma swoje prawa. A ja żeby im te wspomnienia umilić kolorowo upiększam domek.


Narzutka Emila - koniecznie w roboty! 


Z resztek powstały literki na ścianę.



Narzutka i poducha Stasia - koniecznie w dinozaury!


Te literki też wisiały na ścianie ale straciły sznureczki więc stoją sobie teraz na półeczce.


Na ścianie - koniecznie tablica i kieszonki na dziecięce skarby:


W następnym poście trochę kuchni.





czwartek, 8 maja 2014

To czego nie ma...

To tylko kilka tygodni, pomyślałam sobie wyjeżdżając na "inną planetę". Inna planeta - tak określił Holandię Emil.
Tylko kilka albo aż...
Tęsknota tak wielka jak odległość do innej planety więc chyba mój synek nie pomylił się tak bardzo.

Nie ma słów by określić to, za czym naprawdę tęsknię. Wanna z gorącą kąpielą, długie rozmowy z przyjaciółmi itp. A potem przez kilka dni pojawiały się w głowie różne tęsknoty. I zapachy. Bo podobno "najbardziej pamięta się nosem".
Jak opisać zapach chleba i świeżo skoszonego siana? Z czym porównać widok samotnej gruszy na polu wyglądającym jak ogródek skopany przez anioła? I jak opisać wstążki pól kolorowych wiosną, z kwitnącym rzepakiem?
Oni przecież też mają pola kolorowych tulipanów. Cały świat zna te kolorowe wstążki bo zna Moneta. 

"Nie ma Mickiewicza i nie ma Miłosza".
Nie mój kraj, nie moi artyści, pomyślałam sobie coraz bardziej tęskniąc.
W głowie zaszumiały słowa wiersza pisanego przez kolegę, który zmarł jesienią. Czekając na wiosnę:


(...) " usiądę na progu domu
kiełkującego z naskórka ziemi
będę pachniał dojrzewającym latem
przekwitającą jesienią, krnąbrną zimą
wiosną nie puszczę dalej
niż sięga spojrzenie" (...)




(...) " za sny nikt nie płaci
jak za mokre zboże"

Kraju wiecznego deszczu, kwiatów. Można tu się zagubić, można się odnaleźć. Dużo u ciebie polskich włóczykijów, żądnych przygód ludzi wyznających zasadę: "co cię nie zabije to cię wzmocni". 

Ale mimo wszystko chce się wracać. By czytać dzieciom Tuwima i Brzechwę, by zapoznawać ich ze smakiem chleba z masłem i zapachem spacerów po dzikich ścieżkach.