wtorek, 24 lutego 2015

Brzmienie ciszy


-"Mamoooo... a dostanę naglodę za to, że byłem oddzielny...?"- pyta cichutko Emilek.
- Tak synku, dostaniesz nagrodę za to, że byłeś dzielny. Byłeś bardzo dzielny.

Już po zabiegu. Niby zwykłe wycięcie migdałka, a jednak emocji sporo. I cisza...
Cisza, na którą tak długo czekałam. Piękny dźwięk głębokiego, cichego oddechu gdy dziecko śpi spokojnie...
Bez chrapania, bezdechów, nocnych przebudzeń...




czwartek, 12 lutego 2015

Imię matki

-"Mamo, mamo, zlób mi taką kanapkę z keciupem,  z nalysowaną moją litelą"- prosi moje dziecko.
-"Mi teś, mi teś"- woła drugie dziecko.
Po chwili pojawiają się kanapki z literkami E i S.
-"A wieś mamo, że w moim imieniu jest też twoja literka?"- Emil robi odkrywczą minkę. - "M jak mama" - wykrzykuje Emil.
- Świetnie, wspaniale. Ale to nie zupełnie jest moje imię. Tato to Artur, a ja jak mam na imię?...
Emil długo szuka wzrokiem podpowiedzi po ścianach i suficie aż w końcu wykrzykuje:
- No MATKA po plostu".

I nie może być inaczej. Mama zawsze będzie miała na imię mama i koniec i kropka.

wtorek, 13 stycznia 2015

SZOŁ MAST GO ON

Przedstawienie czas zacząć albo raczej: czas przedstawień się zaczął.

Dzień Dziadka i Babci się zbliża więc zaczęły się przedstawienia w przedszkolu przygotowane na tą właśnie okazję. Wniesienie sprzętu, lamp, kabli, ustawienie statywów, kamer i AKCJA! Gdy nagranie pierwszej grupy poszło dosyć sprawnie przy drugiej turze zaczęły mi się małe problemy.
Zaczęłam się denerwować czy teściowie zdążą odebrać dzieci przed 17-stą.
W dodatku jakieś niemowlę w pierwszym rzędzie ryczało wniebogłosy powodując moją dekoncentrację. A tu jeszcze coś mi napiera na okrężnicę! To pewnie ta dwudniowa zupa, którą szkoda mi było wylewać (pyszniutka jarzynowa, której doskonałości rodzinka nie doceniła).

17-sta mija, teściowa nie dzwoni, ja się denerwuję coraz bardziej. Niemowlę drze się i drze, a matka tylko poklepuje je coraz intensywniej po pupci (że niby to ma pomóc te bączki wypuścić czy też żeby się dziecku beknęło) roztaczając uśmiechy. Pani dyrektor też coraz dłuższe pauzy w wypowiedzi zaczyna stosować, zerkając co chwila na niemowlę, aż w końcu milknie i wszyscy oczekują co będzie dalej. A mi coraz bardziej pyszniutka jarzynowa napiera.
-"..a to nasz dziadek, a jak go nie znacie to wasz błąd" - dokończyła Pani Dyrektor do rymu: przystojny jak James Bond.
Matka z krzyczącym niemowlęciem wyciąga aparat z wielką lampą, przekładając krzyczące niemowlę na drugie ramię. A mi wyobraźnia nasuwa skojarzenie wielkiej kupy drzemiącej w pampersie krzyczącego dziecka. A jeśli on się zesrał po prostu, a matka tylko przyklepuje coraz bardziej tę kupę to jak on ma nie krzyczeć ten dzieciak? I ta myśl genialna sprawiła, że w końcu podjęłam stanowczą decyzję.
Opuszczam stanowisko. Niech sobie Artur z Piotrem kręcą, beze mnie też będzie spoko. Wybiegam z sali zmierzając prosto ku miejscu, które uwolni moje jelito z pyszniutkiej i zdrowej ale nieświeżej jarzynowej (a może ona jednak była z piątku a nie soboty?...) gdy naprzeciw mnie, tuż zza drzwi sali wybiegają dzieci moje. Teściowa akurat zdążyła przed 17-stą odebrać i czekali, ale gdy już się pojawiłam  Emil i Staś nie mogli już odpuścić mojej nogi.
-"Mama mama! To już my będziemy z tobą, też chcemy zobaczyć przedstawienie. Będziemy grzeczni."- musiałam zrobić w tył zwrot z  uczepionymi niczym misiami koala dziećmi.

Przedszkolaki wwędtrowały na scenę śpiewając radośnie piosenkę.
-"Pokaź mi pokaź! Ja teź chcię ziobacić"- prosi Staś żeby mu pokazać obraz w wyświetlaczu. Podnoszę go  i po chwili muszę postawić na podłodze bo chce wszystkiego dotykać. A tu Emil zaczyna przemykać się między rzędami krzeseł. Dorwanie go i usadzenie dało zamierzony cel tylko na chwilkę bo już po kilku sekundach obaj zmierzali w stronę statywu Artura.
-"Tato, tato to my, Emil i Staś"- pociągali za nogawki Artura.

No tak, to się właśnie nazywa macierzyństwo. Tym prostsze im mniejsze jest dziecko. Jeśli masz niemowlę i ono się drze to wystarczy dać mu butelkę lub cycka ( w zależności gdzie masz umieszczony pokarm) i przyklepać pupę. Jest wówczas nadzieja, że dobrodziejstwo ciepłoty kupki spowoduje błogi spokój dziecka. Jeśli Twoje dziecko natomiast potrafi już chodzić i ma ADHD oraz niepohamowaną ciekawość świata potrzeba już większej inwencji twórczej i wyobraźni albo babci po prostu!
-"To my chcemy na balkon"- zaszantażowali jeszcze chłopcy gdy w końcu udało mi się wyprowadzić ich z sali.
- O nie! Tylko nie balkon"- przypomniałam sobie jak w zeszłym roku Emil wyłączył prawie wszystkie lampy podczas przedstawienia gdy oderwałam od niego wzrok na chwilę. - Poszukamy babci.
Ale babcia jakby pod ziemię się zapadła.
Staś zaczął napastować dmuchanego bałwana boksując jego marchewkowy nos, Emil uciekał na balkon, ja miotałam się między potrzebą ( rozmarzony wzrok wbijając w wc) a szukaniem babci. W końcu jest, jest babcia! Hurra! Babcia niczym duch, pojawiła się niemal ze ściany, ogarnęła niesforne dzieci więc mogłam się uwolnić i ja. Dokończyliśmy też kręcić przedstawienie i wszystko jakoś się udało.

Ale jeszcze cały tydzień przed nami. Żeby nie wiem co: Show must go on!


źródło: http://www.mp20czest.szkolnastrona.pl



-Raz, raz, raz, próba mikrofonu...



 Pan Bałwan i Staś



Zgrany Team



I akcja!


Piotr z dziadkiem na kamerze.




A to nie wiem kto...



Na zakończenie: ufff...po przedstawieniu...


czwartek, 8 stycznia 2015

445 kawałków - pomsta

PROLOG
To miał być grudniowy post bo o świętach ale każdy wie, że w święta się nic nie robi więc i ja podtrzymałam tradycję wspólnego rodzinnego biesiadowania i odpoczynku od komputera.

***
Zima działa na mnie frustrująco - gdy jest mało słońca po prostu nic mi się nie chce i niewiele brakuje do popadnięcia w depresję. Przeszkodą jest tylko brak czasu, konkretnie brak czasu na smutki, refleksje i "łapanie doła". Gdy już już jestem bliska temu stanowi muszę się zebrać w garść i ustawić na baczność synków, żeby przestali się bić, gryźć i krzyczeć. Nic nie przeszkadza jednak w popadnięciu we frustracje - jest to pora idealna wręcz i sprzyjające okoliczności. Moje podstawowe pytania zmierzające do tego stanu:

1) Dlaczego nie urodziłam się w słonecznej Italii? Albo chociaż w pachnącej lawendą Prowansji? Czemu w tej Polsce, w której ciągle jest szaro i niebo szare i ciągle walczyć o coś trzeba?

2) Dlaczego nie urodziłam córek, żeby móc im pleść warkoczyki i bawić się lalkami? Mogłabym szyć te lalki i ubranka i pić popołudniową herbatkę w plastikowych filiżankach... Żeby chociaż ten Staś urodził się dziewczynką... Właściwie to lekarze do samego końca trzymali mnie w nadziei, że "prawdopodobnie córka, na 80 %". A tu syn i jeszcze w święta urodzony więc prezenty hurtem dostaje a potem płacze, że on właściwie tych urodzin to nie pamięta.

3) Dlaczego oni tacy nieposłuszni i zwierceni ci synowie. No po prostu ADHD jak nic. I weź tu bądź matką i szopkę im w kościółku pokaż, jak to to nie potrafi stanąć spokojnie przez 5 minut. Po wspomnieniach Świąt Wielkanocnych kiedy Emil i Staś biegali po kościele jakby ich diabeł opętał ani ja ani Artur nie kwapiliśmy się do pokazania im szopki. Uszami wyobraźni już słyszałam te komentarze starszych pań na temat "wychowania dzieci w dzisiejszych czasach" albo raczej "braku wychowania". Chcąc oszczędzić sobie zmagań poprzestaliśmy na głównych atrakcjach świąt czyli prezentach.

PREZENTY
Co kupić dzieciom - odwieczny mój problem, bo (czytaj wyżej)- nie mam córek tylko synów więc nie zupełnie mój świat.
Podpytywałam koleżanki w pracy: Silvię i Ursulę.
- "Oczywiście - klocki Lego." - odpowiadały jednogłośnie. Silvia przyniosła nawet obszerną broszurkę o klockach Lego i potrafiłyśmy rozmawiać o opcjach niemal godzinami.

I to chyba pokuta jakaś była. Zemsta nieba po prostu. Bo przecież moje ciągle braki mnie, mój stan niebytu przy dzieciach nie mógł się nie zemścić na mnie jako matce. Ja z pokorą przyjęłam na siebie ten ciężar. Co prawda na pierwszy rzut poszedł czołg (340 kawałków) i dwugodzinne składanie padło na ciocię Iwonkę. Składanie samochodu wyścigowego (ok 300 części) przyjął na siebie Artur. Na mnie padły: monstertruck (również ok 300 kawałków), ciężarówka (ok.400 kawałków), helikopter oraz baza pingwinów 445 części!

Za tą bazę będziemy musieli osobiście podziękować wujkowi Robertowi, którego synek jest w drodze. Zemsta za 3 lata!

źródło: http://www.digart.pl


czwartek, 13 listopada 2014

Sherlocki Holmsy i ich poszukiwania

- "Gdzie się podział mój samochodzik?"- pyta smutny Emil.
Chodzi, przeszukuje każdy kąt w mieszkaniu, zagląda pod poduszki, kocyki, przegląda swoje szpargały.
-"Nie ma, znikł po plostu"- wzdycha zasmucony, a rozpacz z powodu utraty auta wręcz skapuje mu z twarzy.
Nie dziwię mu się, gdyby mi zginęło auto też bym była smutna ( Rozmiar nie ma znaczenia- nie dotyczy mężczyzn;)
Pomagam zatem Emilowi, zaglądam nawet do pralki, zmywarki i toalety - zabawki mogą mieć różne kryjówki, szczególnie jeśli ma się takie dziecko jak Staś - lubiące ekscentryczne eksperymenty.
Staś też pomaga w poszukiwaniach - lupa w jego rączkach nabiera specyficznej mocy - wszystko jest teraz duże i wyraźne.
-" O jaki duzi noś."- nie może się nadziwić nosowi Emila - "Duzie oko"- ogląda w lustrze swoje oko przez szkło powiększające. -"Ooo, jakie duzie cyćki" - sięga rączką pod moją bluzkę".
-"Wcioraj dośtałem taki mały samochodzik od cioci. Taki fioletowy. Bawiłem się z nim w kąpieli"- przypomina sobie wszystko Emil spacerując jednocześnie po mieszkaniu - "potem jak idłem śpać to włożyłem pod poduśkę" - kontynuuje Emil symulując sen. - "A potem się obudziłem i on znikł, po plośtu znikł"... - rączki Emila opadają bezradnie i smutnie.
- Nie martw się Emilku, wkrótce go znajdziemy.- pocieszam synka ale ciężko jest obiecywać coś dziecku gdy nie ma się pewności czy ta obietnica może być zrealizowana.

Dzień drugi.
- "Widziałaś dokumenty od samochodu?"- pyta Artur.
- Przecież Ty ostatnio prowadziłeś. - dobra, wiem, że ja ale próbuję zyskać na czasie. - Na szafce nie ma? Przecież ja zawsze kładę na szafce. - dobra, nie zawsze ale w torebce trudniej znaleźć. Każda kobieta to wie i rozumie, ale facet nie.
Poszukiwania trwały około dwóch godzin. Artur zaglądał niemal wszędzie i wyciągał wszystko z szafek i półek co tylko dało się wyciągnąć. Niczym pan Hilary szukał w spodniach i w "surducie" - tylko w butach nie szukał. Powyciągał z szafki wszystkie spodnie - a nóż w którejś kieszonce się zapodziały. Artur wyciągał z szaf ubrania, książki (nie pytajcie dlaczego), oszczędził tylko naczyń w kuchni.
- "To nie możliwe, że one znikły"- pyta coraz bardziej zdenerwowany mąż.
- Ciągle nosisz je w kieszeniach na tyłku to może wypadły...
Po godzinie szukania mieszkanie wyglądało jakby przeszedł przez nie tajfun lub ewentualnie po wtargnięciu bardzo sfrustrowanego włamywacza.

Zadzwoniłam nawet do znajomych, którzy odwiedzili nas poprzedniego dnia. -"Aniu, mam dziwne pytanie - uprzedziłam, żeby się nie zdziwiła. - Jak wczoraj od nas wychodziliście to nie zapodziały się tam u was nasze dokumenty od auta?- i tak się zdziwiła.- Tak tylko pytam, bo już wszystko przeszukaliśmy, a dokumenty zazwyczaj kładziemy na tej szafce, na której wczoraj położyliście ubranka Zenka...- Ania przeszukała swoje torebki ale dokumentów nie było.

-" No dobra, są" - westchnął w końcu Artur, a ja wytrzeszczyłam w oczy bo uwierzyłam w swoją teorię zaginięcia  i wizję leżących gdzieś na chodniku dokumentów.
- "Nie uwierzysz gdzie były!" - ekscytował się mąż.- " O tu, na biurku, patrz jak się sprytnie schowały pod tą osłonką na obiektyw kamery. - dziwił się i cieszył jednocześnie.
- No popatrz ty, któż by zgadł, że tam się mogą schować.- klepałam po ramieniu męża dumna z jego odkrycia.
- "Dobra, ja szukałem to ty teraz sprzątasz."- mówi zmęczony mąż.

Dzień trzeci.
Mąż od rana chodzi jakiś dziwny. Zagląda w różne miejsca i przygląda się różnym przedmiotom pod dziwnym kątem. Chodzi i myśli.
- Czego znowu szukasz? - pytam bo znam dokładnie to zachowanie.
- "Okulary mi zgninęły".
- Okulary. Zginęły... - a szukałeś na biurku?
- "O, popatrz, są w etui. Ha."

A podobno to ja mam dziury w pamięci...


źródło:  Photograph: H Armstrong Roberts/Corbis

środa, 29 października 2014

Kołysanka dla Stasia

- Śpijcie już chłopaki, rano trzeba wstawać do przedszkola. - proszę ładnie dzieci. Ale dzieci wcale nie chcą spać, brykają w najlepsze. - Kto pierwszy zaśnie tego rano czeka niespodzianka. - wymyślam coś, nie bardzo wiedząc co obiecując.
Emil natychmiast nieruchomieje i delikatnie pochrapuje, dając sygnał, że śpi. Ale Staś podskakuje na łóżku omotany w kołderkę i woła:
- "Pupa, pupa, pupa"- radośnie wykrzykuje swoje ulubione ostatnimi czasy słowo.
- Stasiu, połóż się ładnie i zamknij oczka, zaśpiewam Ci kołysankę.
- "Dobzie, juś dobzie, śpiewaj."
- W górze tyle gwiazd, w dole tyle miast... - zawodzę najładniej jak potrafię.
-" Pupa, pupa" - zawodzi ze mną Staś i wybucha śmiechem, a razem z nim Emil, którego radosne śpiewy Stasia wybudziły z symulowanego snu.
- Stasiu, nie będę śpiewać jak będziesz w kółko powtarzał PUPA.
- "Ale to nie ja. To kocik jest pupa i on tak śpiewa pupa, pupa.- Tłumaczy zdziwiony Staś.
- Mam śpiewać?
- "Dobzie juś nie będę, juś śpię, śpiewaj."
- Aaa, kotki dwa, szaro bure obydwa.
- Ja nie chcę o kotkach. - woła oburzony Staś.
- A o czym chcesz?
- "O duzich tlakach."
- O monster trackach?
- "Tak".
- Dobrze. Aaa, monster tracki dwa, szaro-bure obydwa.(...) Ach śpij bo właśnie monster track ziewa i za chwilę zaśnie (...).

Moje wysiłki nie poszły na marne, wkrótce Staś zasnął, żeby tylko nauczył się jeszcze zasypiać nie trzymając mi rączki na cycku...Ale wiadomo, miłość facetów do samochodów i kobiecych piersi jest nieuleczalna i trwać może całe życie...




sobota, 14 czerwca 2014

O 10-tej przybijam gwoździa

Dzień jak co dzień.
Budzę się o 7-mej. No... powiedzmy - zegarek w telefonie próbuje mnie dobudzić o 6.45. Pierwszy wstaje Artur i nie może się nadziwić, że po przespaniu 9-ciu godzin wciąż jestem niedospana więc z lekkim pomrukiem robi kawę i idzie dalej spać. Gwizd czajnika wyrywa mnie z półsnu. Niczym wyrwany z kamieni półczłowiek wyłażę z łóżka Emila. Człapię do kuchni, a potem czas przyspiesza. Ubieranie siebie, dzieci i biegiem do przedszkola.
- Jedż sieroto. No gazu, gazu. Czemu się zatrzymujesz? Miałaś jeszcze zółte babo jedna! - nie mogę powtrzymać się od komentarzy kobiet za kierownicą. Ja rozumiem, że ostrożna jazda i w ogóle 50 na godznię w mieście itd itp ale żeby 30? i zatrzymywać się pół kilometra przed skrzyżowaniem???!!!
Ostatnio zamknęli kilka ulic bo niby tramwaj chcą wprowadzić na nasze białołęckie progi więc korki i stres i zbyt dużo babskiej jazdy...
Wjedżam w końcu na skrzyżowanie, po trzech nieskończonych minutach oczekiwania i... załatwiam silnik. No dobra, wskoczyła mi przypadkiem trójka zamiast jednynki. Wielkie halo. Po co to trąbienie. Spoko spoko. Wszystkim to się może zdarzyć.
-"Mamo gazu, gazuuu!" - woła Emil.
Już jesteśmy prawie w przedszkolu ale jeszcze plac zabaw po drodze. Emil ze Stasiem wyrywają niczym zwierzątka z odpiętych smyczy. Jeszcze ślizgawka, jeszcze ten domek z hot-dogami. Mija kolejne 10 minut biegania i proszenia. Na placu boju pojawia się Pani do pomocy. Nic nie działają proszenia, błagania i zastraszania, że spóźnią się na śniadanie. Do akcji wkracza Pan Rysio. Pan Rysio jest nieubłagany. Bierze wierzgającego Emila na ręce i zanosi go do sali. Za nim biegnie Staś okładający go pięściami. Jak to dobrze, że istnieje Pan Rysio...
A potem wiadomo - zakupy, pranie, sprzątanie, przygotowanie obiadu i praca.

Po południu przywożę Agnieszce Stasia i Emila.
- Na pewno dasz sobie z nimi radę? - pytam na wszelki wypadek bo wiem, że sprawowanie opieki nad moimi dwoma urwisami to nie lada wysiłek, a co dopiero gdy pojawi się trzeci muszkieter w postaci Kryspina.
- "Nic się nie martw, wszystko będzie ok". -mówi Agnieszka. A ja wiem, że po prostu musi być O.K. bo mamy kolejne nagranie i po prostu nie może być wpadki.

-"Biedronki! Bierz biedronki!" - krzyczy półszeptem Artur stojący kilka metrów ode mnie. -" Żabki, żabki Twoje"- i pokazuje palcami znak twixa czyli naszych nożyc. Co oznacza, że ja nagrywam kamerą  dzieciaki po mojej stronie tzw nożyc, a on swoje. Niby prosta zasada ale nigdy nie wiadomo, które dziecko się odezwie, z którego kąta, więc musimy trwać w stanie gotowości. A gdy wkraczają krasnoludki w liczbie 8  w otoczce muzyki z J. Bonda to już w ogóle jestem roztargniona, bo nagle krasnolutki deklarują, że nie mogą już dłużej wytrzymać z tą Śnieżką i wymachują transparentami - PRECZ ZE ŚNIEŻKĄ!
Po godzinie 17-stej wciąż nagrywamy rozdanie dyplomów ale z torebki rozlega się sygnał telefonu od Agnieszki. Niestety muszę się rozłączyć.
Przy składaniu sprzętu Artur układa cały plan awaryjny - "Na pewno coś się stało skoro Agnieszka dzwoniła. To ja tu poskładam kamery i statywy a ty szybko jedź atutobusem."
Zwijając kable dzwonię do Agnieszki.
-"Nic się nie stało. W drodze powrotnej kupcie chrupki bo obiecałam chłopakom" - mówi Agnieszka.
-Acha, dobrze. - mówię nieco uspokojona. Wymazujemy zatem z pamięci wszystkie awaryjne szpitale gdzie najbliżej można zrobić ugs/ prześwietlenie itp.

Wkraczamy do domu. - I jak było?- pytam Agnieszki, a wita mnie znajomy krzyk trzech chłopców.

Agnieszka, nieco rumiana i na przemian blada próbuje chwycić powietrze by cokolwiek odpowiedzieć, po czym zamyka usta i znów otwiera i blednie. Wygląda niczym szeregowiec Ryan  wyciągnięty z placu boju.
- Dobra, to idź na chwilę zapalić, odpocznij - mówię do niej, bo wiem, że te słowa mogą okazać się ostatnią deską ratunku dla dzielnego żołnierza i jednocześnie odskocznią psychoterapeutyczną.
-" Ja po prostu już nie wiedziałam co mam im powiedzieć, zrobić. Wszystkiego już próbowałam: rysowaliśmy, bawiliśmy się, zjedli kolację ale ciągle się bili! Jak Emil przestał kopać Kryspina to Staś zaczynał go gryźć. I tak w kółko. W końcu obiecałam im te chrupki to znów na chwilę się uspokoili. Ale tylko na chwilę." - wzdychała Agnieszka - nie musiała się w ogóle tłumaczyć. Wiem przecież, że jak ich trzech się spotka to nawet super niania nie pomoże.

Zanim Emil i Staś poszli spać, po kąpieli i kolacji atakował mnie jeszcze grad pytań.
-"Mamoooo, a skąd się bierze prąd?, A mamoo a skąd się bierze piasek, a jak powstają ludzie ?" - itp i td
- Emil idź już spać, zamknij oczka. 
Po czym pozwalam powiekom by się przymknęły i odpływam.
Gdy Artur budzi mnie o 22-giej - " obudź się! Chodź montować dzisiejszy materiał"- ja po prostu wiem, że nie mam sił. Albo przybiję gwoździa przy biurku albo tu przy tej poduszce. Więc mruczę tylko - YHY i śpię dalej. Skulona przy Emilu/Stasiu w embrionalnej postaci śpię do rana.
Ciąg dalszy i na początku postu.