środa, 17 kwietnia 2013

Melisa

Powiedział dziś tylko:
-,,Przestałabyś myśleć już o głupotach i popłaciła w końcu rachunki".

Głupotach...
Kawał mojego życia, chodzący przykład pokory i troski o innych, całe dzieciństwo, kołysanki i bajki o krasnoludkach.
Głupoty...


Babciu, Babciu...
"Wielkieś mi uczyniła pustki tym zniknieniem swoim (...)
Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło (...)"

środa, 27 marca 2013

Rozpusta czasu wolnego

Cóż za błoga cisza w domu - dzieci nie ma, męża nie ma. Aż dziwnie i nienaturalnie tu jakoś.
Dzieci zostały zabrane przez dziadków, bo zakończenie ważnych projektów się zbliżało.
Artur pracował nad swoim od jakichś 3 m-cy, a ostatnie noce spędzał nad nim praktycznie 20 godzin na dobę. Przyssany do komputera, zamotany w kable, słuchawki, cholerykiem stał się jeszcze większym      niż zazwyczaj.
Odstawiłam swoje projekty i pomagałam mu co mogłam - tłumaczenia - proszę bardzo, krótkie filmy z wycieczek - czemu nie. Ale po 2-3 dniach siedzenia do 3-ciej nad ranem, któregoś dnia mnie w końcu złamało i cały dzień przespałam, odżywiając się tylko i wyłącznie wodą. Śmiem twierdzić, że wirus mnie jakiś dopadł ale w oczach Artura stałam się od tamtej pory leniem kompletnym.
To potem znów siedziałam, pomagałam wybierać ujęcia, wyłapytać błędy itd.
Sobota - godz 1 w nocy -mam już dość - mogę iść spać?
- "A idź, idź i tak mi nic nie pomagasz! W tym domu tylko jedna osoba pracuje, a Ty jak zwykle masz wszystko w d..ie".

No tak, Artur chyba wciąż wierzy, że zatrudniam na pełny etat do sprzątania siedmiu krasnoludków, zakupy przychodzą same do domu, a od gotowania mam smerfa... jak mu tam...?- kucharza(?)
Acha, no i dzieci też same chodzą do żłobka i przedszkola oraz do lekarzy wszelakich, ewentualnie przedostają się tam na latającym dywanie zapożyczonym od Ali Baby.

Argument, że przecież też mam swoje dwa projekty do dokończenia, wywołuje u niego atak śmiechu i złości :
- "Twoje projekty tylko straty przynoszą!"
No tak, po ostatnim wypaleniu 80 płyt poszła nagrywarka i drukarka też odmówiła dalszej współpracy.
Malowanie obrazów suma sumarum też jest deficytowe, bo co zarobię to zaraz wydaję na kolejne płótna i farby, a zlecenie które dostałam dwa tygodnie temu wciąż nie może się zakończyć.

Aż w końcu pojechał mąż na konferencję.
Można w końcu obejrzeć film w całóści (wychodząc tylko na przerwę do wc, a nie do płaczącego dziecka), odżywiać się można kanapkami lub kebabem- można nie gotować obiadu. Lody o 3-ciej w nocy?- czemu nie?
Ech rozpusto czasu wolnego!

ps.
Udało mi się jednak coś zrobić: kwadraciki na kołderkę dla Stasia w końcu przeistoczyły się w wymarzony patchwork,  za chwilę powstanie girlanda z trójkątów i dokończę obraz!

piątek, 1 marca 2013

Na dobry piątek

Przedwiośnie ma to do siebie, że nastraja nas z jednej strony optymizmem, że tuż tuż wiosna, a jednocześnie szlag człowieka trafia gdy widzi te wszystkie rozmarznięte psie kupy na trawnikach i nie tylko. Wszędzie wala się błoto, słońce nie koniecznie jeszcze chce wyleźć zza chmur i jakoś sił tak brakuje to bezwitaminowej zimie.

Receptą na zły humor jest wtedy dobry humor dzieci. O tak, nie ma to jak komplement wypowiedziany przez synka z optymizmem i oczywistością, że stanowi to siłę przekonania i napawa dumą.

Wyjeżdżamy spod przedszkolnego "parkingu" (? - do dziś nie wiem czy jest to parking przedszkolny czy jednak należący do mieszkańców pobliskiego bloku, od kiedy zostałam ochrzaniona za parkowanie  przez -mniemam- mieszkańca właśnie tego bloku). Samochód tonie w śnieżno-błotnej kałuży i silnik gaśnie. Mielę po cichu przekleństwo w ustach i próbuję dalej. Emil z całą empatią wykrzykuje:
-"Daś siobe ladę mamo!"
Jedziemy dalej i gdy jeszcze zielone światło dla samochodów pali się przyciskam nieco mocniej gaz i przejeżdżam. Ciche "uff" wydobywa się zza mojej zębnej szpary.
-"Udało Ci się mamo! Jeśieś dzielna dziecińka (czyt. dziewczynka)! Powiem Tacie, żie jeśieś dzielna dziecińka i źdążiłaś pśiejechać"! - wykrzykuje z tyłu Emil, a Staś wtóruje okrzykami radości w bliżej nieokreślonym słownictwie swoim.

Niby nic, a jednak podnosi na duchu takie wsparcie z tylnego siedzenia. Bo przecież skąd Emil mógł wiedzieć o czym myślałam prowadząc samochód? A zdawał się odgadywać moje myśli i trafiał celnie z pocieszaniem i pochwałami.
A jeszcze bardziej kolorowo się robi gdy taki synek przytula się noskiem do policzka i zachwyca urodą, a przy tym wypowiada"
-"Kofam Cię mamo".
Kolana po prostu miękną!

Na dobry piątek, dobrego humoru początek:
http://vimeo.com/22475613


czwartek, 21 lutego 2013

Kwestia umysłu

Kolejna tura grypy żołądkowej za nami.
Po 5 dniach wymiotów i biegunki Stasia, dopadło w końcu i mnie. Potem Emil zaczął rzygać.
Tak rzygać, bo inaczej się tego nazwać nie da.
Kiedy widziałam jak Staś dzieli się bułką z Emilem, pomyślałam sobie- musiało to nadejść! Pilnowałam, żeby jeden od drugiego się nie zaraził ale nie mogłam nagle krzyknąć -
- Emil, nie jedz tego! Wyrzuć!-  mimo wszystko wzruszył mnie i ucieszył widok braci, którzy choć przez chwilę się kochają.
Zatem Emil zjadł bułę i wieczorem rzygał.
Jak się okazało nie był to wirus, a przynajmniej nie ten - wyrok - zapalenie oskrzeli.
Emil zapalenie oskrzeli, a u mnie biegunka. A konkretniej ...- konkretniej się nie da. *)
80 % czasu spędzonego w WC i okrzyków za drzwi WC - nie bijcie się chłopaki! Spokój! Zaraz mama wyjdzie!
Po chwili mama wychodzi, rozdziela dwa małe, wrzaskliwe koguty i znowu wraca do WC.
Potem kolejna partia zarzyganego prania i znów WC.

Rezultat 10-dniowego chorowania?- paczka pieluch, 15 prań, 10 opakowań smecty mniej ( i tak nie działała) i 5 kilo mniej. Lepsze niż jakakolwiek dieta!!!

Niedziela wieczorem - myślę sobie już mi chyba przeszło.
Scena 15:
godz. 3 rano (w nocy), siedzę na tronie w WC, przede mną wiadro. Siedzę i myślę:
zdechnę na tym kiblu!...

Rano żalę się mężowi, jaka to jestem słaba i bezsilna, a on na to:
-" Oj tam, oj tam, to tylko kwestia umysłu".
Ja - oczy w słup - Być może mój drogi, ale ja fakirem nie jestem!

niedziela, 20 stycznia 2013

Miejcie litość!

Jakiś poniedziałek albo wtorek.
Godzina 8:10 więc jak zwykle lekko spóźniona parkuję jak popadnie w pobliżu przedszkola i w pośpiechu wyciągam chłopaków z samochodu.

Zaczepia mnie jakiś młody chłopak z pieskiem.
-"A pani to już nie umiała inaczej zaparkować?! Tam dalej są miejsca parkingowe."- pyta lekko zezłoszczony.
O tych tajemniczych miejscach parkingowych to nigdy nie słyszałam ale chyba miał na myśli wjazd przed budynkiem ze znakiem: zakaz wjazdu. Czyli boisko dla dzieci i fragment trawnika jako parking dla pracowników szkoły przybudowanej do przedszkola.

- "Wie, Pan co? Śpieszę się z dziećmi do przedszkola i nie zamierzam szukać teraz w tych zaspach śniegu jakiegoś miejsca 2 km dalej." - odpowiadam stanowczym ale grzecznym tonem i kontynuuję wypinanie z pasów dzieci.

-"Ale to są miejsca dla mieszkańców, poza tym pani stoi na chodniku" - pokazuje ukryty pod grubą pierzyną śniegu chodnik.

- Na prawdę nie wydaje mi się, żebym zaparkowała niezgodnie z przepisami; spory fragment chodnika jest dla pieszych dostępny (dobrze wiem, bo często w tym miejscu ktoś kładzie butelkę po winie jako odstraszak dla takich kierowców jak ja). - Poza tym nie wydaje mi się, że mieszkańcom tego bloku będzie przeszkadzał samochód, który na 10 minut zaparkował tutaj. A na pewno nie bardziej niż ekstrementy pańskiego pupilka, które zostaną tu do wiosny!

I odeszliśmy w siną dal, a konkretnie majaczącego w oddali przedszkola, a facet ofukną mnie tylko z niezadowoleniem.


Ludzie, miejcie litość dla matek z małymi dziećmi!!

piątek, 18 stycznia 2013

Młodzi Wojownicy

Dawno mnie tu nie było więc najwyższy czas skrobnąć coś by mój blog nie przeszedł do mitów i legend...

Zastanawiam się czasem ile w nas ludziach jest z nas samych, a ile z genów - na ile nasze zachowania, decyzje i wybory są rzeczywiście nasze, a na ile determinizmem wpisanym w naszą cienką nitkę DNA, długaśną i pokręconą, splątaną wstążką wspomnień i zachowań przodków, która karze nam się zachować właśnie w taki, a nie w inny sposób...
Obserwując moje dzieci, stwierdzam, że nie tylko po mnie odziedziczyły sporo cech (niestety tych mniej chcianych i oczekiwanych takich jak upór i krnąbrność) ale również coś z dalekiej przeszłości.

Może nie aż tak dalekiej z czasów małp (choć po codziennym wieczornym skakaniu po łóżku i meblach i takie małpie umiejętności nie są wykluczone...) ale z takiej już wojowniczej, plemiennej...

No bo dlaczego tak jest, że dziewczynki od małego będą przejawiały miłość do lalek, herbatek, gotowania i dbania o ognisko domowe, a chłopcom tylko walka w głowie i polowania?
                   
***

Rozmowa z Emilem przed Świętami.
Ja, prasując koszulkę:
- Emil na święta jedziemy do dziadków, trzeba będzie założyć bluzeczkę z kołnierzykiem - tłumaczę dziecku, które nie znosi koszulek z kołnierzykami.
-"Z ziołniezikiem? Pokaś"- pyta zaciekawiony i zaczyna wspinać się wręcz na deskę do prasowania.
- Nie z żołnierzykiem tylko z kołnierzykiem. - wyjaśniam i prezentuję ów kołnierzyk.
- "Łee, to nie jest ziołniezik, osiukałaś mnie"- Emil jest wyraźnie zasmucony.

***

Jakiś wtorek lub piątek przed wyjściem do przedszkola.
- Emil założysz tą bluzeczkę ze smokiem?- Pytam dziecko.
- "Nie, nie chcę ze smokiem!" - odpowiada.
- A tą z Indianinem?
- "Ta mozie być." - Łaskawie akceptuje ubiór. No tak smok to tylko smok i bardziej kojarzy się z dziecinną bajką, a Emil "juś jeśt dolośły". Indianin ma przynajmniej łuk więc chyba jest wojownikiem...

***
Pewna sobota, dzień jak co dzień:
Prasując ubrania w kuchni ( nie wiem czemu akurat tam, ale takie jest miejsce akcji).
Słyszę tylko krzyk Emila i Stasia, głośne i szybkie tup, tup, tup,
- "Łapać źłodzieja! Łapać źłodzieja"- krzyczy Emil i z płaczem biegnie za Stasiem, który jest całą gonitwą wielce uradowany.
Róg ściany pomiędzy lodówką, a kaloryferem jest jednak ślepym zaułkiem więc Staś staje, ściska mocno w rękach zdobyczny samochodzik i przybiera wojowniczą minę.
-"Oddawaj ty źłodzieju mój siamochodzik"- krzyczy i płacze Emil.
- "Nie!"- groźnym głosikiem krzyczy Staś i tupie nogą dla podkreślenia, że tak łatwo samochodzika nie odda. - "Nie, nie, nie!"

Ta walka na głosy trwa jeszcze kilka minut, w czasie których miotam się czy odstawić żelazko czy raczej liczyć na łagodny rozwój sytuacji. Chwilę obserwujemy chłopaków z Arturem, po czym Artur zabiera samochodzik, umieszcza go wysoko na lodówce i odchodzi zostawiając Emila i Stasia w rozpaczy.
Trudno, nie umieją się pogodzić to żaden nie będzie się bawił zdobycznym samochodzikiem. Samochodów mają ze 200 ale akurat ten znaleziony, wygrzebany spod sterty zabawek był bezcenny? Czy bardziej chodziło o bitwę i walkę, rywalizację, przekonanie się kto jest silniejszy, który będzie samcem alfa?







piątek, 14 grudnia 2012

Zima oczami frustrata

"Zostaw ten cholerny kubek
Potniesz sobie palce
Wypij mleko, umyj buzię
Przyjdę zanim zaśniesz

To, że galaktyczny podmuch
Zniszczy cywilizację
To nie jest dostateczny powód
By wybuchać płaczem

Dla mnie też niezbyt łaskawy był dzień
Dla mnie też za długa zima i zła
Dla mnie też, ale przyznaj, że w sumie się żyje cudnie,"(...)

                                            
Coma
"Los cebula i krokodyle łzy"

Zima się zrobiła. To wiecie.
Biało, święta tuż tuż, witryny sklepów i okna domów zaczynają się zdobić w światełka i bąbki.
A we mnie ani kruszynki radości z faktu, że zima nastała.
Oj nie jestem z tych, którzy z uśmiechem na ustach i czapkach w skandynawskie wzorki biegają po śniegu i śpiewają :"my się zimy nie boimy". Niestety to nie ja.
No bo jak tu się cieszyć i z czego? 
Wstawać trzeba w nocy, żeby dzieci do żłobka i przedszkola odwieźć. Ubieranie trwa co najmniej pół godziny zanim założy się te wszystkie rajstopki i sweterki, a przy okazji pilnować trzeba żeby to to sobie gardeł nie poddusiło przy okazji zabawy ściągania wzajemnego czapek z głów.
Zamieść trzeba tonę śniegu z samochodu i odskrobać z szyb zamarznięte sople.
Samochód rzęzi 10 minut zanim silnik odpali.
Ślisko jak cholera więc jedzie się 20 km/h.

I dzień taki krótki mimo, że Ziemia wcale się wolniej nie obraca, a doba wciąż ma tylko 24 godziny...

Więc śpiewam sobie raczej: 
"Dla mnie też za długa zima i zła
Dla mnie też, ale przyznaj, że w sumie się żyje cudnie,"(...)