Kolejna tura grypy żołądkowej za nami.
Po 5 dniach wymiotów i biegunki Stasia, dopadło w końcu i mnie. Potem Emil zaczął rzygać.
Tak rzygać, bo inaczej się tego nazwać nie da.
Kiedy widziałam jak Staś dzieli się bułką z Emilem, pomyślałam sobie- musiało to nadejść! Pilnowałam, żeby jeden od drugiego się nie zaraził ale nie mogłam nagle krzyknąć -
- Emil, nie jedz tego! Wyrzuć!- mimo wszystko wzruszył mnie i ucieszył widok braci, którzy choć przez chwilę się kochają.
Zatem Emil zjadł bułę i wieczorem rzygał.
Jak się okazało nie był to wirus, a przynajmniej nie ten - wyrok - zapalenie oskrzeli.
Emil zapalenie oskrzeli, a u mnie biegunka. A konkretniej ...- konkretniej się nie da. *)
80 % czasu spędzonego w WC i okrzyków za drzwi WC - nie bijcie się chłopaki! Spokój! Zaraz mama wyjdzie!
Po chwili mama wychodzi, rozdziela dwa małe, wrzaskliwe koguty i znowu wraca do WC.
Potem kolejna partia zarzyganego prania i znów WC.
Rezultat 10-dniowego chorowania?- paczka pieluch, 15 prań, 10 opakowań smecty mniej ( i tak nie działała) i 5 kilo mniej. Lepsze niż jakakolwiek dieta!!!
Niedziela wieczorem - myślę sobie już mi chyba przeszło.
Scena 15:
godz. 3 rano (w nocy), siedzę na tronie w WC, przede mną wiadro. Siedzę i myślę:
zdechnę na tym kiblu!...
Rano żalę się mężowi, jaka to jestem słaba i bezsilna, a on na to:
-" Oj tam, oj tam, to tylko kwestia umysłu".
Ja - oczy w słup - Być może mój drogi, ale ja fakirem nie jestem!
czwartek, 21 lutego 2013
niedziela, 20 stycznia 2013
Miejcie litość!
Jakiś poniedziałek albo wtorek.
Godzina 8:10 więc jak zwykle lekko spóźniona parkuję jak popadnie w pobliżu przedszkola i w pośpiechu wyciągam chłopaków z samochodu.
Zaczepia mnie jakiś młody chłopak z pieskiem.
-"A pani to już nie umiała inaczej zaparkować?! Tam dalej są miejsca parkingowe."- pyta lekko zezłoszczony.
O tych tajemniczych miejscach parkingowych to nigdy nie słyszałam ale chyba miał na myśli wjazd przed budynkiem ze znakiem: zakaz wjazdu. Czyli boisko dla dzieci i fragment trawnika jako parking dla pracowników szkoły przybudowanej do przedszkola.
- "Wie, Pan co? Śpieszę się z dziećmi do przedszkola i nie zamierzam szukać teraz w tych zaspach śniegu jakiegoś miejsca 2 km dalej." - odpowiadam stanowczym ale grzecznym tonem i kontynuuję wypinanie z pasów dzieci.
-"Ale to są miejsca dla mieszkańców, poza tym pani stoi na chodniku" - pokazuje ukryty pod grubą pierzyną śniegu chodnik.
- Na prawdę nie wydaje mi się, żebym zaparkowała niezgodnie z przepisami; spory fragment chodnika jest dla pieszych dostępny (dobrze wiem, bo często w tym miejscu ktoś kładzie butelkę po winie jako odstraszak dla takich kierowców jak ja). - Poza tym nie wydaje mi się, że mieszkańcom tego bloku będzie przeszkadzał samochód, który na 10 minut zaparkował tutaj. A na pewno nie bardziej niż ekstrementy pańskiego pupilka, które zostaną tu do wiosny!
I odeszliśmy w siną dal, a konkretnie majaczącego w oddali przedszkola, a facet ofukną mnie tylko z niezadowoleniem.
Ludzie, miejcie litość dla matek z małymi dziećmi!!
Godzina 8:10 więc jak zwykle lekko spóźniona parkuję jak popadnie w pobliżu przedszkola i w pośpiechu wyciągam chłopaków z samochodu.
Zaczepia mnie jakiś młody chłopak z pieskiem.
-"A pani to już nie umiała inaczej zaparkować?! Tam dalej są miejsca parkingowe."- pyta lekko zezłoszczony.
O tych tajemniczych miejscach parkingowych to nigdy nie słyszałam ale chyba miał na myśli wjazd przed budynkiem ze znakiem: zakaz wjazdu. Czyli boisko dla dzieci i fragment trawnika jako parking dla pracowników szkoły przybudowanej do przedszkola.
- "Wie, Pan co? Śpieszę się z dziećmi do przedszkola i nie zamierzam szukać teraz w tych zaspach śniegu jakiegoś miejsca 2 km dalej." - odpowiadam stanowczym ale grzecznym tonem i kontynuuję wypinanie z pasów dzieci.
-"Ale to są miejsca dla mieszkańców, poza tym pani stoi na chodniku" - pokazuje ukryty pod grubą pierzyną śniegu chodnik.
- Na prawdę nie wydaje mi się, żebym zaparkowała niezgodnie z przepisami; spory fragment chodnika jest dla pieszych dostępny (dobrze wiem, bo często w tym miejscu ktoś kładzie butelkę po winie jako odstraszak dla takich kierowców jak ja). - Poza tym nie wydaje mi się, że mieszkańcom tego bloku będzie przeszkadzał samochód, który na 10 minut zaparkował tutaj. A na pewno nie bardziej niż ekstrementy pańskiego pupilka, które zostaną tu do wiosny!
I odeszliśmy w siną dal, a konkretnie majaczącego w oddali przedszkola, a facet ofukną mnie tylko z niezadowoleniem.
Ludzie, miejcie litość dla matek z małymi dziećmi!!
piątek, 18 stycznia 2013
Młodzi Wojownicy
Dawno mnie tu nie było więc najwyższy czas skrobnąć coś by mój blog nie przeszedł do mitów i legend...
Zastanawiam się czasem ile w nas ludziach jest z nas samych, a ile z genów - na ile nasze zachowania, decyzje i wybory są rzeczywiście nasze, a na ile determinizmem wpisanym w naszą cienką nitkę DNA, długaśną i pokręconą, splątaną wstążką wspomnień i zachowań przodków, która karze nam się zachować właśnie w taki, a nie w inny sposób...
Obserwując moje dzieci, stwierdzam, że nie tylko po mnie odziedziczyły sporo cech (niestety tych mniej chcianych i oczekiwanych takich jak upór i krnąbrność) ale również coś z dalekiej przeszłości.
Może nie aż tak dalekiej z czasów małp (choć po codziennym wieczornym skakaniu po łóżku i meblach i takie małpie umiejętności nie są wykluczone...) ale z takiej już wojowniczej, plemiennej...
No bo dlaczego tak jest, że dziewczynki od małego będą przejawiały miłość do lalek, herbatek, gotowania i dbania o ognisko domowe, a chłopcom tylko walka w głowie i polowania?
Rozmowa z Emilem przed Świętami.
Ja, prasując koszulkę:
- Emil na święta jedziemy do dziadków, trzeba będzie założyć bluzeczkę z kołnierzykiem - tłumaczę dziecku, które nie znosi koszulek z kołnierzykami.
-"Z ziołniezikiem? Pokaś"- pyta zaciekawiony i zaczyna wspinać się wręcz na deskę do prasowania.
- Nie z żołnierzykiem tylko z kołnierzykiem. - wyjaśniam i prezentuję ów kołnierzyk.
- "Łee, to nie jest ziołniezik, osiukałaś mnie"- Emil jest wyraźnie zasmucony.
Prasując ubrania w kuchni ( nie wiem czemu akurat tam, ale takie jest miejsce akcji).
Słyszę tylko krzyk Emila i Stasia, głośne i szybkie tup, tup, tup,
- "Łapać źłodzieja! Łapać źłodzieja"- krzyczy Emil i z płaczem biegnie za Stasiem, który jest całą gonitwą wielce uradowany.
Róg ściany pomiędzy lodówką, a kaloryferem jest jednak ślepym zaułkiem więc Staś staje, ściska mocno w rękach zdobyczny samochodzik i przybiera wojowniczą minę.
-"Oddawaj ty źłodzieju mój siamochodzik"- krzyczy i płacze Emil.
- "Nie!"- groźnym głosikiem krzyczy Staś i tupie nogą dla podkreślenia, że tak łatwo samochodzika nie odda. - "Nie, nie, nie!"
Ta walka na głosy trwa jeszcze kilka minut, w czasie których miotam się czy odstawić żelazko czy raczej liczyć na łagodny rozwój sytuacji. Chwilę obserwujemy chłopaków z Arturem, po czym Artur zabiera samochodzik, umieszcza go wysoko na lodówce i odchodzi zostawiając Emila i Stasia w rozpaczy.
Trudno, nie umieją się pogodzić to żaden nie będzie się bawił zdobycznym samochodzikiem. Samochodów mają ze 200 ale akurat ten znaleziony, wygrzebany spod sterty zabawek był bezcenny? Czy bardziej chodziło o bitwę i walkę, rywalizację, przekonanie się kto jest silniejszy, który będzie samcem alfa?
Zastanawiam się czasem ile w nas ludziach jest z nas samych, a ile z genów - na ile nasze zachowania, decyzje i wybory są rzeczywiście nasze, a na ile determinizmem wpisanym w naszą cienką nitkę DNA, długaśną i pokręconą, splątaną wstążką wspomnień i zachowań przodków, która karze nam się zachować właśnie w taki, a nie w inny sposób...
Obserwując moje dzieci, stwierdzam, że nie tylko po mnie odziedziczyły sporo cech (niestety tych mniej chcianych i oczekiwanych takich jak upór i krnąbrność) ale również coś z dalekiej przeszłości.
Może nie aż tak dalekiej z czasów małp (choć po codziennym wieczornym skakaniu po łóżku i meblach i takie małpie umiejętności nie są wykluczone...) ale z takiej już wojowniczej, plemiennej...
No bo dlaczego tak jest, że dziewczynki od małego będą przejawiały miłość do lalek, herbatek, gotowania i dbania o ognisko domowe, a chłopcom tylko walka w głowie i polowania?
***
Ja, prasując koszulkę:
- Emil na święta jedziemy do dziadków, trzeba będzie założyć bluzeczkę z kołnierzykiem - tłumaczę dziecku, które nie znosi koszulek z kołnierzykami.
-"Z ziołniezikiem? Pokaś"- pyta zaciekawiony i zaczyna wspinać się wręcz na deskę do prasowania.
- Nie z żołnierzykiem tylko z kołnierzykiem. - wyjaśniam i prezentuję ów kołnierzyk.
- "Łee, to nie jest ziołniezik, osiukałaś mnie"- Emil jest wyraźnie zasmucony.
***
Jakiś wtorek lub piątek przed wyjściem do przedszkola.
- Emil założysz tą bluzeczkę ze smokiem?- Pytam dziecko.
- "Nie, nie chcę ze smokiem!" - odpowiada.
- A tą z Indianinem?
- "Ta mozie być." - Łaskawie akceptuje ubiór. No tak smok to tylko smok i bardziej kojarzy się z dziecinną bajką, a Emil "juś jeśt dolośły". Indianin ma przynajmniej łuk więc chyba jest wojownikiem...
***
Pewna sobota, dzień jak co dzień:Prasując ubrania w kuchni ( nie wiem czemu akurat tam, ale takie jest miejsce akcji).
Słyszę tylko krzyk Emila i Stasia, głośne i szybkie tup, tup, tup,
- "Łapać źłodzieja! Łapać źłodzieja"- krzyczy Emil i z płaczem biegnie za Stasiem, który jest całą gonitwą wielce uradowany.
Róg ściany pomiędzy lodówką, a kaloryferem jest jednak ślepym zaułkiem więc Staś staje, ściska mocno w rękach zdobyczny samochodzik i przybiera wojowniczą minę.
-"Oddawaj ty źłodzieju mój siamochodzik"- krzyczy i płacze Emil.
- "Nie!"- groźnym głosikiem krzyczy Staś i tupie nogą dla podkreślenia, że tak łatwo samochodzika nie odda. - "Nie, nie, nie!"
Ta walka na głosy trwa jeszcze kilka minut, w czasie których miotam się czy odstawić żelazko czy raczej liczyć na łagodny rozwój sytuacji. Chwilę obserwujemy chłopaków z Arturem, po czym Artur zabiera samochodzik, umieszcza go wysoko na lodówce i odchodzi zostawiając Emila i Stasia w rozpaczy.
Trudno, nie umieją się pogodzić to żaden nie będzie się bawił zdobycznym samochodzikiem. Samochodów mają ze 200 ale akurat ten znaleziony, wygrzebany spod sterty zabawek był bezcenny? Czy bardziej chodziło o bitwę i walkę, rywalizację, przekonanie się kto jest silniejszy, który będzie samcem alfa?
piątek, 14 grudnia 2012
Zima oczami frustrata
"Zostaw ten cholerny kubek
Potniesz sobie palce
Wypij mleko, umyj buzię
Przyjdę zanim zaśniesz
To, że galaktyczny podmuch
Zniszczy cywilizację
To nie jest dostateczny powód
By wybuchać płaczem
Dla mnie też niezbyt łaskawy był dzień
Dla mnie też za długa zima i zła
Dla mnie też, ale przyznaj, że w sumie się żyje cudnie,"(...)
Coma
"Los cebula i krokodyle łzy"
Zima się zrobiła. To wiecie.
Potniesz sobie palce
Wypij mleko, umyj buzię
Przyjdę zanim zaśniesz
To, że galaktyczny podmuch
Zniszczy cywilizację
To nie jest dostateczny powód
By wybuchać płaczem
Dla mnie też niezbyt łaskawy był dzień
Dla mnie też za długa zima i zła
Dla mnie też, ale przyznaj, że w sumie się żyje cudnie,"(...)
Coma
"Los cebula i krokodyle łzy"
Zima się zrobiła. To wiecie.
Biało, święta tuż tuż, witryny sklepów i okna domów zaczynają się zdobić w światełka i bąbki.
A we mnie ani kruszynki radości z faktu, że zima nastała.
Oj nie jestem z tych, którzy z uśmiechem na ustach i czapkach w skandynawskie wzorki biegają po śniegu i śpiewają :"my się zimy nie boimy". Niestety to nie ja.
No bo jak tu się cieszyć i z czego?
Wstawać trzeba w nocy, żeby dzieci do żłobka i przedszkola odwieźć. Ubieranie trwa co najmniej pół godziny zanim założy się te wszystkie rajstopki i sweterki, a przy okazji pilnować trzeba żeby to to sobie gardeł nie poddusiło przy okazji zabawy ściągania wzajemnego czapek z głów.
Zamieść trzeba tonę śniegu z samochodu i odskrobać z szyb zamarznięte sople.
Samochód rzęzi 10 minut zanim silnik odpali.
Ślisko jak cholera więc jedzie się 20 km/h.
I dzień taki krótki mimo, że Ziemia wcale się wolniej nie obraca, a doba wciąż ma tylko 24 godziny...
Więc śpiewam sobie raczej:
"Dla mnie też za długa zima i zła
Dla mnie też, ale przyznaj, że w sumie się żyje cudnie,"(...)
sobota, 17 listopada 2012
Masz babo placek!
Listopadowy poranek. Jeden z takich, kiedy nie chce się wstawać z ciepłego łóżeczka. Za oknem szaro, buro i mgliście.
Mąż ze starszym synkiem wyjechali na weekend do dziadków, a my ze Stasiem kichamy i prychamy jak koty w domku. Właściwie gdyby nie Staś to pewnie nie wychodziłabym spod kołderki i żywiła się tylko kanapkami i książkami, które od miesięcy czekają na półce.
Z nutką zazdrości i ślinką na brodzie oglądam blogi innych dziewcząt, które prezentują wspaniałe wypieki idealne na sobotnie i niedzielne popołudnia; takie do herbatki five o'clock.
Ja też pokusiłam się o upieczenie babki. Babka pięknie w piekarniku rosła i rosła, w domu zapachniało. A gdy nadeszła pora na otwarcie piekarnika, łakomie otworzyłam drzwiczki, chwilę poczekałam...
I... piękna babeczka klasycznie skurczyła się i zapadła. Introwertyczka! A moim oczom ukazał się piękny zakalec.
Nie wiem co zrobiłam nie tak, wolę raczej myśleć, że stało się tak dzięki nieuniknionej pomocy Stasia przy pieczeniu i dosypaniu przez niego jakiegoś tajnego składnika gdy moje oczy akurat były z drugiej strony głowy.
No cóż, nie mam wyrzutów sumienia, że mam dwie lewe ręce i piec po prostu nie umiem- w końcu nie daleko pada żona od męża albo jak kto woli - jaki Pan taki kram. Mąż nie trzepie dywanów to żona piecze zakalce.
Mąż ze starszym synkiem wyjechali na weekend do dziadków, a my ze Stasiem kichamy i prychamy jak koty w domku. Właściwie gdyby nie Staś to pewnie nie wychodziłabym spod kołderki i żywiła się tylko kanapkami i książkami, które od miesięcy czekają na półce.
Z nutką zazdrości i ślinką na brodzie oglądam blogi innych dziewcząt, które prezentują wspaniałe wypieki idealne na sobotnie i niedzielne popołudnia; takie do herbatki five o'clock.
Ja też pokusiłam się o upieczenie babki. Babka pięknie w piekarniku rosła i rosła, w domu zapachniało. A gdy nadeszła pora na otwarcie piekarnika, łakomie otworzyłam drzwiczki, chwilę poczekałam...
I... piękna babeczka klasycznie skurczyła się i zapadła. Introwertyczka! A moim oczom ukazał się piękny zakalec.
Nie wiem co zrobiłam nie tak, wolę raczej myśleć, że stało się tak dzięki nieuniknionej pomocy Stasia przy pieczeniu i dosypaniu przez niego jakiegoś tajnego składnika gdy moje oczy akurat były z drugiej strony głowy.
No cóż, nie mam wyrzutów sumienia, że mam dwie lewe ręce i piec po prostu nie umiem- w końcu nie daleko pada żona od męża albo jak kto woli - jaki Pan taki kram. Mąż nie trzepie dywanów to żona piecze zakalce.
piątek, 2 listopada 2012
Mąż na godziny potrzebny!
- "Ja zawsze używam calgonu do prania. A Ty?"- pyta pani z reklamy.
- "A ja nie." - odpowiada spokojnie Emil i wraca do zabawy klockami.
W zasadzie ma rację. Nie używamy calgonu i jakoś nie przeszkadzało mi to za bardzo. Aż do dzisiaj.
Pralka już od jakiegoś czasu szwankowała ale przypisywałam to skutkom kręcenia kółkiem od programu (czy jak tam to się nazywa) przez Stasia i to w trakcie prania. Dziś nie wypompowała wody do końca chociaż ewidentnie kółko przekręciło się na koniec.
- Zrób coś, bo zaleje nam łazienkę, a potem sąsiadów. - proszę Artura.
Mąż zatem obudził w sobie męską siłę do napraw mechanicznych rzeczy i długo kręcił takie kółko u dołu twierdząc, że "na pewno coś tam się zapchało na dole."
No i woda się wylała (jak ostrzegał) a wraz z nią całe mnóstwo kamienia, co zapewne jest tylko niewielkim procentem tego co pralka skrywa wewnątrz.
Zalało też, a może przede wszystkim, szafkę...
SZAFKA:
Szafkę na chemię odziedziczyliśmy po poprzednich właścicielach i idealnie wpasowała się pod zlew, co dla łazienki niewielkich rozmiarów jest bezcenne.
Od jakiegoś czasu chybotały się w niej nogi.
Kiedyś podczas czyszczenia podłogi jedna mi się wyłamała i nie umiałam jej wkręcić tylko tak się chwiała jak pijana i udawała, że wszystko jest w porządku.
Potem zaczęła się chybotać druga noga więc poprosiłam Artura by to naprawił.
Artur ze swoją wrodzoną delikatnością przewrócił szafkę na bok (razem z całą jej zawartością) a potem długo przymierzał różne śrubokręty.
Trwało to dosyć długo więc zabrałam się za gotowanie zupy, a gdy zauważyłam, że wrócił do swojego pracownio-pokoju, pytam ostrożnie:
- Naprawiłeś już tą szafkę?- pytam niedowierzająco.
- "Tak, naprawiłem." - odpowiada Artur z dumą i spokojem.
Wchodzę do łazienki i co widzę?
Szafkę bez nóg.
Nie z powyłamywanymi nogami, tylko po prostu: bez nóg. No może, dwie ja przypadkiem wyłamałam ale takiego rozwiązania sprawy to się nie spodziewałam.
Stąd mój apel:
mąż na godziny potrzebny! Taki do wytrzepania dywanów, naprawienia szafek i pomalowania mieszkania. Oj przydałby się, przydał...
I tylko do tego, bo dzieci Artur umie robić fajne :) (oj, cenzura)
- "A ja nie." - odpowiada spokojnie Emil i wraca do zabawy klockami.
W zasadzie ma rację. Nie używamy calgonu i jakoś nie przeszkadzało mi to za bardzo. Aż do dzisiaj.
Pralka już od jakiegoś czasu szwankowała ale przypisywałam to skutkom kręcenia kółkiem od programu (czy jak tam to się nazywa) przez Stasia i to w trakcie prania. Dziś nie wypompowała wody do końca chociaż ewidentnie kółko przekręciło się na koniec.
- Zrób coś, bo zaleje nam łazienkę, a potem sąsiadów. - proszę Artura.
Mąż zatem obudził w sobie męską siłę do napraw mechanicznych rzeczy i długo kręcił takie kółko u dołu twierdząc, że "na pewno coś tam się zapchało na dole."
No i woda się wylała (jak ostrzegał) a wraz z nią całe mnóstwo kamienia, co zapewne jest tylko niewielkim procentem tego co pralka skrywa wewnątrz.
Zalało też, a może przede wszystkim, szafkę...
SZAFKA:
Szafkę na chemię odziedziczyliśmy po poprzednich właścicielach i idealnie wpasowała się pod zlew, co dla łazienki niewielkich rozmiarów jest bezcenne.
Od jakiegoś czasu chybotały się w niej nogi.
Kiedyś podczas czyszczenia podłogi jedna mi się wyłamała i nie umiałam jej wkręcić tylko tak się chwiała jak pijana i udawała, że wszystko jest w porządku.
Potem zaczęła się chybotać druga noga więc poprosiłam Artura by to naprawił.
Artur ze swoją wrodzoną delikatnością przewrócił szafkę na bok (razem z całą jej zawartością) a potem długo przymierzał różne śrubokręty.
Trwało to dosyć długo więc zabrałam się za gotowanie zupy, a gdy zauważyłam, że wrócił do swojego pracownio-pokoju, pytam ostrożnie:
- Naprawiłeś już tą szafkę?- pytam niedowierzająco.
- "Tak, naprawiłem." - odpowiada Artur z dumą i spokojem.
Wchodzę do łazienki i co widzę?
Szafkę bez nóg.
Nie z powyłamywanymi nogami, tylko po prostu: bez nóg. No może, dwie ja przypadkiem wyłamałam ale takiego rozwiązania sprawy to się nie spodziewałam.
Stąd mój apel:
mąż na godziny potrzebny! Taki do wytrzepania dywanów, naprawienia szafek i pomalowania mieszkania. Oj przydałby się, przydał...
I tylko do tego, bo dzieci Artur umie robić fajne :) (oj, cenzura)
piątek, 26 października 2012
Recepta na osiołka
No cóż - pora to wyznać i przyznać:
Emil to uparty dzieciak. Uparty, krnąbrny i nieposłuszny. Bawi się moją złością, potrafi grać na nosie mojej cierpliwości.
- "Nie krzycz tak na niego..." - krytykuje Artur.
Czy mój, raczej cichy z natury głos, może wydać się krzykliwy? Chyba tylko dla męża bo Emil rozbawiony jest na całego. I jak zwykle co dzień rano, gdy zbieramy się do wyjścia Emil zaczyna się rozbierać i wskakuje na głowę gdy ja mam na kolanach Stasia, któremu usiłuję włożyć buty.
Która matka nie wyszła by z równowagi gdy prośby i groźby nie działają - ja się pytam! No która!?
- Chodź tu do mnie Emil. - Wołam syna na spacerze, a on ucieka. Staś w jedną stronę, a Emil w drugą. Jeszcze chwila i wybiegnie na ulicę. Nie wiem co robić, jeśli pobiegnę za nim, pierwszym odruchem będzie ucieczka i wypadek samochodowy murowany.
Zakupy w sklepie?- przed wejściem spokojna rozmowa i prośba żeby nie uciekał, pięciokrotne kiwnięcie głową, że rozumie, obietnica kupienia czegoś dobrego, a potem zabawa zaczyna się od nowa i niemal wszyscy pracownicy sklepu zaangażowani są w szukanie 3-latka. Oraz przypadkowe osoby znajdujące się w sklepie:
-"Tam pobiegł" - palec wskazujący nadaje kierunek mojemu joggingowi.
Gdy pojawił się na świecie Staś zrezygnowałam z pomysłów na aerobik, siłownię i basen - zajmowanie się dziećmi zapewnia skuteczne odchudzanie i utrzymanie świetnej kondycji fizycznej.
Z pomocą przyszła nam Pani Przedszkolanka, która zaproponowała spotkanie u Pani Psycholog.
Pełni nadziei, że otrzymamy receptę na poskromienie złośnika podreptaliśmy na wizytę.
Pani, owszem, bardzo sympatyczna.
Kiwała głową w zrozumieniu, robiła notatki i zadawała pytania rodem z amerykańskich filmów. Zaiste czułam się raczej jak na wizycie u psychoterapeuty walczącego o jedność w małżeństwie niż na spotkaniu u dziecięcego psychologa.
- I jak? Dostaniemy jakąś receptę na tego uparciucha. - Pytam w końcu po dwóch godzinach wyznań rodzinnych.
- "Niestety, recepty nie ma, każde dziecko jest inne, każda sytuacja rodzinna inna i recepty po prostu wypisać się nie da. Poobserwujemy, zobaczymy"...- tak mniej więcej to wyglądało.
A ja po dwugodzinnej spowiedzi dalej wiedziałam tyle co wiem.
Pani zadając pytania w stylu : a jak wygląda wspólna zabawa, a jak popołudnia (ha, popołudnia, weekendy? - przy prowadzeniu własnej działalności?)
-"A jak wspólne posiłki?"- i tu nas miała! Posiłki, przy stoliku kawowym, służącym bardziej za jezdnię autobusową naszych dzieci niż stół z prawdziwego zdarzenia. Odkąd zabrałam stół (z krzywymi nogami z resztą) z kuchni na własny użytek jako wsparcie dla farb i pędzli - nie jadamy posiłków jak należy.
-" Rozjaśniło się coś, troszeczkę?" - pytała co jakiś czas Pani Psycholog. Ale u mnie w głowie wciąż było i jest ciemno.
Oj czarno to wszystko widzę, całe to wychowanie Emila.
Ma ktoś może receptę na osiołka?
Emil to uparty dzieciak. Uparty, krnąbrny i nieposłuszny. Bawi się moją złością, potrafi grać na nosie mojej cierpliwości.
- "Nie krzycz tak na niego..." - krytykuje Artur.
Czy mój, raczej cichy z natury głos, może wydać się krzykliwy? Chyba tylko dla męża bo Emil rozbawiony jest na całego. I jak zwykle co dzień rano, gdy zbieramy się do wyjścia Emil zaczyna się rozbierać i wskakuje na głowę gdy ja mam na kolanach Stasia, któremu usiłuję włożyć buty.
Która matka nie wyszła by z równowagi gdy prośby i groźby nie działają - ja się pytam! No która!?
- Chodź tu do mnie Emil. - Wołam syna na spacerze, a on ucieka. Staś w jedną stronę, a Emil w drugą. Jeszcze chwila i wybiegnie na ulicę. Nie wiem co robić, jeśli pobiegnę za nim, pierwszym odruchem będzie ucieczka i wypadek samochodowy murowany.
Zakupy w sklepie?- przed wejściem spokojna rozmowa i prośba żeby nie uciekał, pięciokrotne kiwnięcie głową, że rozumie, obietnica kupienia czegoś dobrego, a potem zabawa zaczyna się od nowa i niemal wszyscy pracownicy sklepu zaangażowani są w szukanie 3-latka. Oraz przypadkowe osoby znajdujące się w sklepie:
-"Tam pobiegł" - palec wskazujący nadaje kierunek mojemu joggingowi.
Gdy pojawił się na świecie Staś zrezygnowałam z pomysłów na aerobik, siłownię i basen - zajmowanie się dziećmi zapewnia skuteczne odchudzanie i utrzymanie świetnej kondycji fizycznej.
Z pomocą przyszła nam Pani Przedszkolanka, która zaproponowała spotkanie u Pani Psycholog.
Pełni nadziei, że otrzymamy receptę na poskromienie złośnika podreptaliśmy na wizytę.
Pani, owszem, bardzo sympatyczna.
Kiwała głową w zrozumieniu, robiła notatki i zadawała pytania rodem z amerykańskich filmów. Zaiste czułam się raczej jak na wizycie u psychoterapeuty walczącego o jedność w małżeństwie niż na spotkaniu u dziecięcego psychologa.
- I jak? Dostaniemy jakąś receptę na tego uparciucha. - Pytam w końcu po dwóch godzinach wyznań rodzinnych.
- "Niestety, recepty nie ma, każde dziecko jest inne, każda sytuacja rodzinna inna i recepty po prostu wypisać się nie da. Poobserwujemy, zobaczymy"...- tak mniej więcej to wyglądało.
A ja po dwugodzinnej spowiedzi dalej wiedziałam tyle co wiem.
Pani zadając pytania w stylu : a jak wygląda wspólna zabawa, a jak popołudnia (ha, popołudnia, weekendy? - przy prowadzeniu własnej działalności?)
-"A jak wspólne posiłki?"- i tu nas miała! Posiłki, przy stoliku kawowym, służącym bardziej za jezdnię autobusową naszych dzieci niż stół z prawdziwego zdarzenia. Odkąd zabrałam stół (z krzywymi nogami z resztą) z kuchni na własny użytek jako wsparcie dla farb i pędzli - nie jadamy posiłków jak należy.
-" Rozjaśniło się coś, troszeczkę?" - pytała co jakiś czas Pani Psycholog. Ale u mnie w głowie wciąż było i jest ciemno.
Oj czarno to wszystko widzę, całe to wychowanie Emila.
Ma ktoś może receptę na osiołka?
ps. To jest Emil, tylko uszy trochę ma mniejszcze ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
